BAROWA POGODA – Bary na Ukrainie, Kubie, w Maroku i w Ceucie

Gdy za oknem plucha, pada deszcz i wieje różnego rodzaju innymi smutkami można pokusić się o stwierdzenie, że na zewnątrz panuje barowa pogoda. To taka, podczas której człowiek ma ochotę jedynie na to by napić się piwka i posłuchać muzyki siedząc przy barze. Jesień to podobno najlepszy czas dla właścicieli wszelkiego rodzaju knajpek. Podobno o tej porze roku zarabiają najwięcej. Podczas swoich podróży zdarzyło mi się pić piwo w niejednej mordowni, a barowa pogoda nie zawsze oznaczała zimno i deszcz! Na Kubie takim mianem określić można by trzydziestostopniowy upał, w Maroku czy w Ceucie z resztą podobnie! Przed Wami cztery historie „znad kieliszka”.

Kobieta w marokańskim barze.

Pewnego razu podczas gdy podróżowałam po Maroku trafiłam do miejscowego baru. Nie był on osadzony w żadnym oczywistym miejscu. Znajdował się w piwnicy jednego z niewyremontowanych budynków. Zeszłam schodami w dół. Już przy samym wejściu kelner zapytał mnie o to czego sobie życzę. Ofertę mieli niezbyt wielką – zawierała jedynie dwa rodzaje piwa. Poprosiłam o jedno z nich. Kelner wyciągnął oszronioną butelkę z lodówki na mrożonki, otworzył ją i wręczył mi. Zapłaciłam za tę przyjemność gigantyczną sumę pieniędzy, a potem usiadłam przy wolnym stoliku.

Odpaliłam papierosa i mocno się zaciągnęłam, a gdy wypuściłam dym z ust wzięłam solidny łyk zimnego piwa. W myślach oceniłam browar jako mocno średni i nie wart swojej ceny. Wyjęłam mapę i zaczęłam ją studiować. Po kilku chwilach zdecydowałam rozejrzeć się dookoła siebie. Bar pękał w szwach od obecności mężczyzn. Nie było w nim widać nawet cienia kobiety. Dziesiątki oczu pełnych zdziwienia gapiło się na mnie. Pomieszczenie wypełniły szepty w nieznanym mi języku. Po chwili doszło do mnie jak wielką urządziłam prowokację! W końcu nie dość, że byłam wówczas jedyną kobietą w barze to jeszcze na domiar złego piłam alkohol i paliłam papierosa. W Maroku taki widok nie należy ani do zbyt częstych ani do ogólnie akceptowanych. Przeraziło mnie to trochę. Najwyraźniej barowa pogoda dla marokańskich kobiet oznacza coś zupełnie innego. Wypiłam piwo najszybciej jak było to możliwe i wyszłam zawstydzona.

barowa pogoda

Barowa pogoda na Ukrainie.

Weszłam do jednego z ukraińskich barów. Za ostatnią posiadaną gotówkę zamówiłam kawę. Usiadłam przy rozklekotanym stoliku i spojrzałam na zegarek. Była piąta nad ranem, a ja byłam po nocy spędzonej w pociągu. Twarz oparłam o dłonie, a potem leniwym ruchem przetarłam czerwone oczy. Odebrałam zamówioną kawę i łudziłam się, że pomoże mi ona naładować baterie.

Wtedy do knajpy wszedł mężczyzna w średnim wieku. Zdawał się być z lekka rozdrażniony. Podszedł do baru, położył na nim łokcie i wymamrotał coś do właścicielki interesu. Ta jedynie skinęła głową, a potem postawiła na blacie dwie duże szklanki. Jedną wypełniła sokiem pomidorowym, a drugą wódką. Byłam przekonana, że taka ilość alkoholu będzie służyła klientowi przez dłuższy czas, ale byłam w błędzie. Mężczyzna leniwym ruchem podniósł szklankę z wódką do góry i zaczął pić. Odłożył ją dopiero wówczas gdy z jej dna ściekła ostatnia kropla trunku. Wtedy otarł rękawem usta i dopiero po chwili zaczął powoli sączyć soczek.

Gapiłam się na to zdarzenie tak, że było to aż nieprzyzwoite. Gdybym ja wlała w siebie taką ilość procentów to zapewne od razu padłabym nieprzytomna na ziemię. Opisywany mężczyzna natomiast grzecznie pożegnał się z właścicielką knajpy i wyszedł wzorowo równym krokiem.

ukraińska wódka

W prawdziwej kubańskiej mordowni.

Na jednej z ulic Hawany zauważyłam bar. Prawdziwą kubańską mordownie! Każdy z elementów wyposażenia knajpy był jakby z „innej parafii”. Barman ubrany w fartuch nalewał piwo do szklanek wykonanych z butelek do rumu. A dookoła już pijani, albo tacy co dopiero pijani mieli być Kubańczycy! Nie było przebacz! Musiałami się tam napić. Za marne grosze kupiłam piwo, które dość mocno ochrzczone zostało zlewkami i usiadłam przy barze. Nie zdążyłam dopić napoju do końca kiedy już nawiązałam nową znajomość.

Dwóch starszawych gości mocno zainteresowało się co taka jak ja robi w ich barze. Odpowiedziałam, że piję piwo, co z resztą było zgodne z prawdą. Zdawało mi się, że widać ten fakt, ale najwidoczniej nie był on zupełnie jasny. Zaczęliśmy rozmawiać, a potem gadać. A to o tym, że święta idą, a mi święta kojarzą się ze śniegiem, a nie taką temperaturą, a to jeden z nich mówi, że jedna z jego córeczek była prezentem pod choinkę…

barowa pogoda

Blondie i Zorro –  to starzy rockersi.

Wystukiwali raz po raz rytm słynnych rockowych piosenek, urządzając przy tym drobne „Jaka to melodia?”. Blondie wspomniał, że dawnymi laty nosił długie włosy,  ale potem obciął mu je Fidel. Po tych słowach wstałam i poszłam po następną kolejkę. Dla mnie i dla nich. Miałam nadzieje, że języki bardziej się im rozplączą.

Nie myliłam się. Między nami wywiązała się dziwaczna dyskusja polityczna. Blondie opowiadał, że gdy Castro doszedł do władzy policja zaczęła czepiać się różnych dziwnych rzeczy. On nosząc długie włosy jednemu z funkcjonariuszy skojarzył się z USA, a więc chwycił go za „pióra” i je obciął.

bar w hawanie

Zorro i Blondie byli przeciwni polityce Fidela.

Mówiąc o nim zaznaczali, że ten człowiek jest szalony. Zapytałam więc co sądzą o czasie, w którym panował Batista. Odpowiedzieli, że uważają, że kraj był wówczas bardziej kapitalistyczny. Każdy miał dbać o swój tyłek, który w gruncie rzeczy Batistę nic nie obchodził. Życie było pogrążone w większym strachu niż teraz, ale za to było taniej i więcej można było zrobić nie pytając o pozwolenie. Castro ich zdaniem, wszystko pragnie zagarnąć dla siebie. Daje ludziom podstawę „żeby nie było”, ale ci w zamian za to muszą oddawać większą część tego co mają dla rządu, a co jeśli wydaliby na siebie stanowiłoby znacznie więcej niż ta zapewniona podstawa.

Nagle moi rozmówcy zamarli i zaczęli nerwowo rozglądać się dookoła. Jak do tej pory niemal krzyczeli, tak w tej chwili niemal szeptem poinformowali mnie, że lepiej ten temat zakończyć, bo nie wiadomo kto jeszcze tutaj pije. A jeśliby ktoś „życzliwy” na nich doniósł to za tak śmiałe poglądy mogliby nawet i w więzieniu wylądować.

Kilka kolejnych kolejek sprawiło, że Blondie i Zorro zaczęli mówić po angielsku, a ja po Hiszpańsku. Byłam jednak zmuszona zakończyć tę miłą pogawędkę. Obawiałam się, że dalszy jej ciąg może skutkować zupełnym upiciem.

bar na kubie

Barowa pogoda pełna słońca  – Ceuta.

W lokalu siedziało kilku mężczyzn. Żaden z nich nie przypominał takiego co to mógłby podbić kobiece serce. Nie. To nie był bar w stylu knajpy z „Desperado” z klientelą na wzór Banderas’a, Pitt’a i kilku innych brutali ze ślicznymi buźkami. Asortyment baru wyglądał tak jakby dobrany został pod stałych bywalców. Dwa, może trzy rodzaje wódki, ze trzy gatunki whisky, piwo i kilka rodzajów słodkich alkoholi. Oprócz tego – jak na hiszpańską tawernę przystało – przekąski. Malutkie kanapeczki w trzech kombinacjach, słona jak diabli suszona ryba i chipsy.

Jeden z mężczyzn siedzących przy stoliku przedstawił mi się jako John. Był to starszy, niski facet będący pod pantoflem swojej dużo młodszej dziewczyny. Kolejny był mocno przy kości. Z mojej obserwacji jasno wynikało, że był on wielkim romantykiem. W dodatku bardzo zakochanym w swoim przyjacielu. Jeszcze inny wyglądał dokładnie tak jak Don Lino – ojciec Frankie’ego i Lenny’ego z bajki „Rybki z Ferajny”. Kolejną personą zajmującą miejsce w barze jest mężczyzna niezwykle niski i drobny. Jego wiek również szacuje na jakieś czterdzieści lat. Najbardziej zapamiętałam, że ten maleńki człowieczek przyczynił się do przyjścia na świat aż jedenastu istnień!

Zostałam zaproszona do stolika.

Panowie wypytywali mnie o o powód, dla którego odwiedziłam Ceutę oraz o moje pochodzenie. Dziwowali się niezmiernie, że tak ogromny dystans pokonałam autostopem oraz temu ile czasu na to poświęciłam. Moi nowi znajomi uparli się, że postawią mi piwo i coś do jedzenia. Podjęłam próbę protestu mówiąc, że mogę za siebie zapłacić, ale nikt mnie nie słuchał. Alkohol sprawił, że bariera językowa zniknęła niemal zupełnie. Po kilku piwkach rozmawialiśmy ze sobą tak jakbyśmy byli jednej narodowości. Opowiadałam im o polskich zwyczajach i tradycjach, a oni mi o tych, które są w Hiszpanii. Temat był interesujący. Dowiedziałam się wtedy wielu ciekawych rzeczy.

bar w ceucie

Barowa pogoda zmienia swoje znaczenie w zależności od miejsca na świecie. A Wy jakie macie doświadczenia z barów, które odwiedziliście za granicą? Piszcie w komentarzach!

 

4 Dziękujemy!

Może Ci się również spodoba

2 komentarze

  1. buba napisał(a):

    Lubie rowniez takie knajpy ktore nie sluza tylko do jedzenia i picia ale mozna tam nawiazac kontakt z miejscowymi ludzmi. Podobny klimat czesto oferuja tez „podsklepia”, w Polsce rowniez, ale glownie na takie miejsca trafialismy na Ukrainie. Tu kiedys napisalam pare slow: http://jabolowaballada.blogspot.com/2016/02/sympatyczne-sklepy-i-podsklepia-ukraina.html

  2. Maciej napisał(a):

    Pierwsza knajpka jaka odwiedzilem za granicą to bar w Grecji. Taki baaardzo lokalny. Żaden z tubylców nie mówił po angielsku a ja ani w ząb po grecku. W tv był mecz lokalnej drużyny, przed telewizorem z 10 chłopa. I była to moja najlepsza konwersacja (oczywiście po kilku piwkach) jaka miałem podczas wyjazdu. O sporcie, o życiu, Grecji, Polsce. Od tego czasu zawsze na wyjazdach szukam, właśnie takich lokali. Nie tam gdzie są turyści ale wręcz przeciwnie. Jeszcze nigdy się nie zawiodłem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *