Historyczny

„BAR POD TRUPKIEM”. Dwa razy zrazy i raz setuńcia, proszę…

Bar pod Trupkiem, a właściwie jego odległa już historia jest czystym przypadkiem na tym blogu. Nie szukałam jej i nie po to przybyłam do Dzierżoniowa, jednak najwyraźniej „Trupek” domaga się wspomnienia. Dlaczego? Myślę, że z powodu energii, jaką w swoim czasie produkował. Zrobiłam sobie małe śledztwo, posłuchałam jak ludzie wspominają to miejsce i pomyślałam sobie – Kurczę! Trupek jest mój :)

Park miłośników Dzierżoniowa

Bar pod Trupkiem jest głównym tematem tego wpisu, ale zaprawdę powiadam Wam, ciekawe jest też to jak dotarłam do niego. O mały włos, a jeszcze do dziś nic nie wiedziałabym o jego istnieniu. Teraz wiem, że coś bardzo mocno wabiło mnie do tego całkowicie nieznanego mi dotąd miejsca. 

Park miłośników Dzierżoniowa

Dzierżoniów całkiem przejazdem

Byliśmy w podróży, jednak plan nie obejmował Dzierżoniowa. Taka jest prawda. Szukaliśmy miejsc cichych, bardziej odludnych. Był weekend i pogoda nad wyraz cudna, wiedzieliśmy, że jeżeli chcemy wędrować w swoim stylu, to należy omijać wszystko co komercyjne na trasie. Jednak stało się tak, że głód nas dopadł i po drodze jawił się Dzierżoniów. W małych wioskach dolnośląskich, które tamtego dnia odwiedzaliśmy nie było co liczyć nawet na czynny sklep spożywczy, a co dopiero na możliwość konkretnego posiłku. Więc kiedy na horyzoncie pojawiło się miasto, zdecydowaliśmy się na odwiedzenie Dzierżoniowa… ale tylko po to, żeby coś zjeść. 

Motyle w brzuchu

Zanim jednak znaleźliśmy coś odpowiedniego dla siebie, poszwendaliśmy się po rynku i trochę dalej po starym mieście. Oczywiście Dzierżoniów zachwycił nas. Mówię „oczywiście”, ponieważ jak można nie zachwycić się tak rasowym założeniem miejskim, gdzie historia powala na kolana. Było tego jednak dużo.

Cerkiew w Dzierżoniowie

Wszędzie wokół widziałam ciekawe rzeczy i do opisania i do fotografowania. Nie było czasu, żeby zebrać wszystko co tam ciekawe jest, a więc postanowiłam odpuścić i przełożyć to miasto na inny termin, ponieważ warte ono jest całego dnia mojego życia, stu procentowej uwagi i serca włożonego w jego dzieje, kiedy pragnę się nimi zajmować w tym miejscu. Jednak przyznam, że ciężko było mi uspokoić motyle w brzuchu, które w Dzierżoniowie zaczęły się budzić jak szalone…

Dzierżoniów. Mury obronne miasta

Ten kto czyta moje wpisy regularnie, ten wie o czym mówię 

Znaleźliśmy sobie małą jadłodajnię. Panna za barem ładna i miła, jedzenie pachniało przyjemnie. Po krótkiej naradzie każde z nas zdecydowało się na to co zamówi. Daniel wziął sobie kubełek z mięsem i frytkami, i tosta. Mnie pomysł ten bardzo się spodobał, więc go zdublowałam, a Ines poszła za ciosem i nie zamówiła nic bardziej oryginalnego z tą tylko różnicą, że zamiast tosta zamówiła sobie dodatkową porcję frytek, jako go cierpi na nietolerancję glutenu. 

Czekaliśmy na realizację zamówienie może z kwadrans. Usiedliśmy sobie na ławce przy jednaj z ulic. Wtedy, korzystając z wolnego czasu, podałam posiłek Frutkowskiemu. W oddali jawiła się piękna budowla w parku. Zaczęłam o niej wspominać. Cóż to może takiego być? Z daleka na moje oko wyglądała jak kaplica, ale może to altana? W końcu stoi w samym środku parku…

Dzierżoniów

Towarzystwo jednak – głodne – nie podejmowało tematu. Mówię więc, że może tam usiądziemy z kubełkami. Będzie okazja luknąć…

Ale Ines zaczęła szukać słońca, bo zimno w cieniu, a i Daniel jakoś niezbyt chętnie patrzył na park. Pojawiły się sugestie, że może lepiej zostać na ławce przed barem, jednak ja bardzo się upierałam. Patrzyłam na to miejsce i czułam, że mam do niego iść.

Kaplica grobowa Sadebecków

Na jednym z budynków na obrzeżach parkowych ktoś malował na ścianie. Daniel i Ines bardzo chcieli popatrzeć, więc wybraliśmy najbliższą możliwą ławeczkę. Jednak szybko okazało się, że siedzisko jest obrobione przez gołębie, co całkowicie zmieniło bieg tej historii i przenieśliśmy się bliżej pięknej budowli parkowej. Mnie oczywiście było to bardzo na rękę. Rozsiedliśmy się wygodnie, Frutkowskiego poprawnie zniewoliliśmy według miastowych reguł i trzymaliśmy na smyczy. Potem zaczęliśmy konsumować…

Dzierżoniów

Siedziałam na tej ławeczce przed cudnym obiektem, zajadałam tosta i czułam się jakby mnie mrówki obsiadły. Już podniosłam zadek, żeby podejść na chwilę do budowli i poczytać o niej, kiedy Ines z naciskiem rozkazała – No siedź! Kurczę! Zjedz choć raz spokojnie…

No to usiadłam. Jednak jak można spokojnie siedzieć i jeść skoro przed moimi oczami jawi się coś takiego, a ja nie wiem co to za historia? Przy obiekcie znajduje się informacja, a w treści jej powiedziano, że to kaplica grobowa rodu Sadabecków.

Nie znam historii tego miasta. To dopiero przede mną. Jednak udało mi się wstać z tej ławeczki. Tylko na chwilę, żeby zerknąć. No i czytam, że to rotunda w stylu klasycystycznym z 1803 roku. Centrum cmentarza ewangelickiego, który pod koniec XVIII wieku ufundowany został przez rodzinę Sadabecków.

Tosta z prawej ręki włożyłam między szczęki i obiema rękami chwytam aparat fotograficzny i archiwizuję co jest. Za plecami słyszę, że kubełek mi stygnie! Tak wiem – odpowiadam – ale jem jeszcze tosta! Obracam się i mówię do Ines i Daniela, którzy z pełnymi gębami gapią się na mnie z politowaniem, że siedzimy na cmentarzu! Daniel rzuca mi spojrzenie pełne zdziwienia, a ja mu odpowiadam – no co? Przecież to Dolny Śląsk. Ines tylko głową pokiwała. Normalka to przecież, że tak jest. 

Dzierżoniów

Bar pod Trupkiem

Na tablicy informacyjnej przy rotundzie przeczytałam o cmentarzu, który zniknął dopiero w latach sześćdziesiątych XX stulecia. Ziemia umarłych otoczona była murem, przy którym więcej było grobowców wzniesionych z przepychem tak, jakby to cokolwiek zmieniało w sytuacji umarłych. Jednak zabytki te dziś nie istnieją, a dla mnie to ogromna strata, bo jednak dla żywych to miało wartość. Tak zapisuje się historia. Zaczęłam rozglądać się wokół siebie. Znalazłam kamień pomnikowy cmentarza, niedaleko od niego schron, prawdopodobnie przeciwlotniczy, tak jak na rynku w Brzegu Dolnym. 

Dzierżoniów

Teren ten zaczął otwierać się dla mnie. Czułam jego historię, choć jest mi jeszcze nieznana. Czytałam z gruntu jak z księgi. Spojrzałam na pusty plac, równy i kształtny, otoczony żywopłotem i powiedziałam do Ines, że tam coś musiało stać. Zapewne bar „Altantyk” z gastronomicznym przesłaniem. Przez miejscowych zwany „Trupkiem”. Musiałam jednak wrócić na ławkę, bo… kubełek mi stygł…

Bar pod Trupkiem

Podobno frytki i wieprzowina były bardzo dobre. Tak mówiła Ines i tak mówił Daniel. Nie zanotowałam niczego podobnego, po prostu zjadłam. Mówili też inne rzeczy. Że niebo jest zielone, że mam różowe włosy i że jest noc… To normalne. Sprawdzali mnie, czy kontaktuję. Ale nie! Już wtedy nie kontaktowałam i mówiłam do Ines, że idę fotografować. Że muszę zrobić archiwum. Nie słyszałam tego co do mnie mówiono. Nie było mnie już tam z nimi. Wiem, wiem – jestem okropna. W takich miejscach tracę kontrolę. Nie potrzebne mi ani jedzenie ani rzeczywistość. Jestem w innym świecie. 

Dzierżoniów

Zjadłam ostatnią frytkę i jeszcze z pełną gębą ruszyłam w park z aparatem, zostawiając ich na ławce. To nie był duży teren. Ogarniałam go wzrokiem. Czułam jak ziemia mięknie mi pod stopami, bo należy do umarłych. Oglądałam kaplicę, namierzyłam resztki cmentarnego muru. Na jednaj z ławek parkowych siedział starszawy mężczyzna. Przyglądał mi się, kiedy robiłam zdjęcia. W pewnej chwili podeszłam do niego i zapytałam czy jest miejscowy. Przytaknął ochoczo. Był leciwy, jego twarz zmęczona i ciemna – choć to czas po zimie – a oczy zgasłe. Na głowie miał beret, a reszta jego urania wyglądała na zmęczoną używaniem. Zapytałam go o to, gdzie stał „Trupek”? Czy go pamięta? Chłop się uśmiechnął. Niekompletna szczęka z żółtymi zębami nabrała kształtu banana i paradoksalnie rozpromieniła jego szare oblicze. Wtedy i ja się do niego uśmiechnęłam bardzo szczerze. Poprawił beret lewą ręką, a prawą wskazał plac otoczony żywopłotem…

Bar pod Trupkiem

„Tam stał – powiedział, wskazując palcem – Tam stał Trupek” 

Wiedziałam o tym, ponieważ intuicyjnie to wyczułam, jednak potrzebowałam potwierdzenia. Wspomnienie tego miejsca najwyraźniej wywołało w moim rozmówcy radosne obrazy z przeszłości. Nie zapytałam go, a on nic mi o tym nie powiedział, ale czuję, że on dobrze znał ten przybytek.

Bar pod Trupkiem jest legendą. W sieci znalazłam tylko jedno zdjęcie, na którym dziś można go obejrzeć. Była to budowla drewniana. Najzwyklejszy pawilon z czasów PRL-u, gdzie działo się naprawdę wiele. Udało mi się namierzyć całkiem treściwą dyskusję, którą mieszkańcy tego miasta spisali w komentarzach. Dla mnie to bezcenne źródło informacji, ponieważ jestem w Dzierżoniowie obca. Nie wiem nic o klimacie tego miasta, ale dzięki wypowiedziom jego mieszkańców, którzy pamiętają bar pod Trupkiem, mogę choć odrobinę poczuć się jak miejscowa. W moim mieście też były takie miejsca. „Blaszak” na targowicy, „Ul” na Wrocławskiej, „Zegar” na Ogrodach Zamkowych. To są moje legendy. Mordownie średzkie są takie same jak mordownie na całym świecie. Bar pod Trupkiem to standard…

Miejsce w którym stał bar pod Trupkiem

We wszystkich miastach świata zawsze od wieków organizowane były miejsca, gdzie można było upić się w trupa. No bo co to byłoby za założenie miejskie bez takiego szynku? Człowiek musi przecież gdzieś odreagować w chwilach kryzysu. Dla jednych była to meta ostateczna po wypłacie, dla drugich co jakiś czas, a dla trzecich – codzienność. Dla mnie takie miejsca to źródło wiedzy bezcennej. Dla Ines również.

Mordownie świata

Kiedy jestem w drodze i mam na celu dowiedzieć się czegoś konkretnego o jakieś zabitej dechami wsi dolnośląskiej, idę do sklepu wiejskiego, a potem na jego tyły, gdzie niemal zawsze zorganizowany jest miejscowy, całkiem nielegalny ogródek piwny. Siadam między tambylcami na siedziskach zbitych z dech albo zmontowanych z opon, otwieram sobie piwo i zagajam rozmowę. Te okoliczności sprawiają, że dowiaduję się o miejscu, które mnie interesuje więcej aniżeli napisano w internetach. Lokalsi wiedzą o swoim terenie rzeczy, o których Wikipedia nie dowie się nigdy. To właśnie dlatego blog Nieustanne Wędrowanie jest najlepszym, ponieważ czerpie ze źródeł, o których świat nie słyszał. 

Nie ma to jak prawdziwa mordownia. Czy to wiejska pod sklepowa, miejska dolnośląska czy jakakolwiek inna na całym globie! Takie miejsca skupiają ludzi, którzy mogą powiedzieć wiele cennych rzeczy. Problem w tym, że rzadko kto ich słucha. Świat od nich stroni i tym samym traci…

Kuba

Pamiętam jak Ines opowiadała mi o tym, że podczas autostopowej podróży po Kubie z własnej woli trafiła do prawdziwej kubańskiej mordowni. Chciała poczuć pierwotny klimat tej wyspy. Było wówczas wiele barier. Największa była ta językowa. Nie przeszkadzało to jednak w tym, żeby zaraz po wejściu do baru znaleźć sobie towarzystwo i do picia i do rozmowy.

Kuba

Ja cały czas wierzę, że moja córka opisze kiedyś w swojej książce Kubę, którą przejechała autostopem i którą widziała od całkowicie niekomercyjnej strony i która – była jeszcze wówczas – Kubą Fiela Castro. Ines ma w swoich wspomnieniach takie historie, że klękajcie narody. Czasami opowiada mi o tamtej podróży, a ja słucham z otwartą gębą. Ines jest pełna przeżyć, których wartości nie sposób ocenić, ponieważ z punktu widzenia podróży i czasu, są bezcenne. Zdarza się Wam pisać, że moje treści Was poruszają i przede wszystkim inspirują. A ja Wam powiadam, do pięt nie dorastam mojej córce. Uwierzcie mi, bo wiem co mówię. 

Kuba

Bar pod Trupkiem

Wspomnienia tego miejsca są dziś zapewne milsze dla niektórych do opowiadania aniżeli były do przeżywania. „Trupek” był lokalem, gdzie „lała się gorzała”, chociaż nie tylko, bo można było też zamówić tam gorący, treściwy posiłek. Wiele żon bywalców tego przybytku zakrapianego przeżywała swoje gehenny. Wielu dziś dorosłych ludzi wspomina, że wyciągało stamtąd swoich pijanych rodzicieli. Bar pod Trupkiem nie był jedynym takim miejscem w Dzierżoniowie, ale jednak chyba najsłynniejszym. Jego nazwa bardzo mocno odbiega od tej oficjalnej, zwano go bowiem „Atlantyckim” ale kogo to obchodziło? Gastronomia leżała na terenie dawnego cmentarza, lokalsi mówili na niego „Trupek”, któż mógłby to zmienić? 

Park miłośników Dzierżoniowa

Bar pod Trupkiem to dziś legenda. Żyją jeszcze ludzie którzy go pamiętają. Któregoś dnia ten drewniany pawilon spłonął i jego dzieje strawił ogień. W tym momencie mogłabym powiedzieć, że to koniec tej historii, ale to nie prawda. „Trupek” nadal jest wspominany, i to z uśmiechem na ustach. Powiem Wam szczerze, że choć nie popieram podobnych przybytków, całkiem niepańskich, to nie znaczy,  że ich nie doceniam. Spotkałam bowiem w podobnych miejscach wielu takich, którzy znaleźli się tam z ramienia systemu, który podły jest…

Park miłośników Dzierżoniowa

Kto z Dzierżoniowa jest z nami, niechaj pisze w komentarzach co pamięta, co wie. Wszystko to dla mnie bezcenne jest. Jestem dla Was obca, ale chcę to zmienić. Pragnę powrócić do Dzierżoniowa po więcej :)

 

 

 

 

 

 

Co o tym sądzisz?

Ekscytujące!
50
OK
23
Kocham to!
14
Nie mam pewności
0
Takie sobie
0
Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Tadeusz

Piszesz, że niektóre żony przeżywały gehenny. Na FB, na grupie dotyczącej mojej miejscowości (76-248) ktoś wspomniał o słynnym tu kiedyś, barze Kosmos. W komentarzach dużo pań pisało, że w dzień wypłaty albo pilnowały same, albo wysyłały dzieci w okolice baru by powiadomiły kiedy tam dotrze tata idący z pracy z forsą w kieszeni.
Pozdrawiam.

Kategoria:Historyczny

0 %