Górny Śląsk

To nie powinno się było wydarzyć! Historia tragedii w halembskim bunkrze

Twórcy treści spod znaku „true crime” nieraz spotykają się z zarzutami monetyzowania tragedii lub żerowania na ludzkim nieszczęściu. Taki nurt dziennikarstwa nie jest niczym nowym i nie pojawił się wraz z nadejściem ery VOD. Współcześni trzydziestolatkowie i czterdziestolatkowie z pewnością pamiętają jeszcze magazyny „Detektyw”, „Kobra”, czy też owiany fatalną sławą „Zły”. Uważam jednak, że o niemoralnych czynach należy głośno mówić i stanowczo je potępiać, aby pokazać, że na pewne zachowania nie ma w społeczeństwie miejsca. Jedną z takich bulwersujących spraw jest podwójne morderstwo dokonane w jednym z górnośląskich schronów…

Na początku chciałabym postawić sprawę jasno: absolutnie wszystkim stanowczo odradzam wizytę w bunkrze nazywanym w mediach „satanistycznym”. Bunkier został tak zapamiętany w wyniku okrutnej zbrodni, jaka wydarzyła się tam w 1999 roku. Ponieważ obiekt padał ofiarą niezdrowego zainteresowania w postaci chuligańskich wybryków i libacji alkoholowych, wejście do niego było zabezpieczane za pomocą cegieł. Czasem zdarzało się, że ktoś usuwał ich część, lecz ubytki dość szybko uzupełniano. Niestety, przyszedł czas, że wejście do bunkra pozostało otwarte.

Wnętrze schronu 44

Niewiedza? Nieświadomość? Bezczelność?

Przez długi czas do schronu zaglądały głodne wrażeń ekipy wyposażone w sprzęt do nagrywania oraz, mniej lub bardziej godne pożałowania, przyrządy do komunikacji z nadprzyrodzonymi bytami. Sądząc po sporych ilościach siatek wypełnionych pustymi puszkami po napojach oraz opakowaniami po przekąskach, a także po palenisku, bywali i tacy, którzy uznali okolice schronu za idealne miejsce do spędzania wolnego czasu…

Wejście do bunkra w lutym 2023 roku

Nic nie trwa wiecznie. Wiosną 2023 roku bunkier został jeszcze drastyczniej zdewastowany przez chuliganów, którzy pokryli jego ściany napisami o sobie znanej treści i znaczeniu.

Kilka słów o schronie

Zanim przedstawię Wam dramatyczne wydarzenia, które miały miejsce w schronie, kilka słów o nim samym. Położony w halembsko-wirecko-kochłowickim lesie, jest elementem rejonu umocnień „Szyb Artura” – drugiego takiego ciągu budowanego na Śląsku. Schron, noszący oryginalnie numer 44, wybudowano na przełomie lat 1937/1938, podczas drugiej rozbudowy umocnień. Całość tej linii fortyfikacji przebiega w pobliżu obecnej autostrady A4, rozciągając się od Potoku Bielszowickiego (Kochłówki), na południowy zachód przez okolice ulicy Polnej, szlak imienia Karla Godulli, aż po okolice ulic Zapolskiej i Orzeszkowej.

Z czasem na ścianach pojawiły się nowe napisy. Wandali nie brakuje!

Dzisiaj został już tylko beton

Schron numer 44 był tym najcięższym artylerii przeciwpancernej i broni maszynowej. Obrona obejmowała teren doliny oraz przedpola „Mrówczej Górki”, rejonu usytuowanego na granicy Kochłowic i Wirka. Na wyposażeniu znajdowały się: ręczny karabin maszynowy, ciężki karabin maszynowy oraz polowa armata przeciwpancerna; w korytarzu można było natomiast usytuować moździerz wraz z obsługą.

Po zakończeniu działań wojennych cała linia fortyfikacji popadła w zapomnienie. Schrony stały się popularnym miejscem rezydowania bezdomnych oraz schadzek młodzieży, a to ze względu na usytuowanie na uboczu, nieraz w malowniczej scenerii leśnej.

Daty pokazują, że do schronu wciąż przybywają kolejni poszukiwacze wrażeń lub po prostu chuligani

Dzień, w którym doszło do tragedii

Tak samo było również w 1999 roku. Mieszkałam wtedy w Katowicach, ale czyn popełniony w leśnym schronie odbił się bardzo szerokim echem w nie tylko lokalnych, ale i ogólnopolskich mediach. Był początek tygodnia. Pamiętam, że „Aktualności” na TVP3 aż grzmiały. Miałam wtedy 10 lat, ale doskonale pamiętam przedstawiane w reportażach ujęcia. Pamiętajcie, że były to czasy niemalże pozbawione Internetu. Wiedzę o wydarzeniach bieżących czerpaliśmy głównie z gazet i telewizji, zaś zainteresowani nietypowymi tematami nastoletni psychopaci… gdzie popadnie.

Sam pobyt w tym miejscu wywołuje fatalne odczucia

Trudno pojąć motywację sprawców

Określająca siebie mianem satanistów dwójka przyjaciół z  Rudy Śląskiej, Tomasz i Robert, od pół roku planowała rytualne zabójstwo oraz samobójstwo w ofierze dla Szatana. Tomasz, wywierający gigantyczny wpływ na Roberta, uznawał siebie za „Adama”, lidera duchowego sekty. Swoją wiedzę na tematy okultystyczne i demonologiczne czerpał z książek, artykułów, opowiadań. Był przekonany o swojej racji i głęboko kultywował swoją wiarę w Szatana.

Sprawcy wierzyli w to, że odprawiają prawdziwy rytuał

Dzisiaj określilibyśmy nurt, jakim podążał, mianem satanizmu deistycznego, który tak de facto stoi w ogromnej mniejszości w stosunku do satanizmu laveyańskiego. Anton Szandor LaVey nie stworzył bowiem doktryny religijnej, a zdecydowanie bardziej filozoficzną. Stał się jednak medialną twarzą Satanic Panic. Dla Tomasza jego satanizm był wiarą, religią i doktryną. Wraz ze swoją ekipą, których uważał za członków własnej „sekty”, regularnie spotykali się w bunkrze, urządzając na miejscu libacje alkoholowe i orgie seksualne. Dla większości młodzieży była to zabawa, dla Tomasza zaś – niekoniecznie.

Zaplanowali wszystko z zimną krwią

Przygotowując się do rytuału, Tomasz i Robert zakupili dwa noże i wytypowali ofiary: Anię, dziewczynę Tomasza, wówczas będącą w ciąży, oraz Kamila. Pierwotny plan zakładał, że Robert zabije Anię, a Tomasz Kamila. Wszystko zmieniło się jednak, gdy w rodzinne strony przyjechała Karina, znajoma z Londynu. Tomasz i Robert zdecydowali wówczas, że to ona i Kamil zostaną złożeni w ofierze. Wszyscy doskonale się znali.

Sprawcy bywali w schronie już wielokrotnie. Często organizowali tam libacje

W nocy z 2 na 3 marca 1999 roku, o godzinie 3 nad ranem, doszło do potwornej zbrodni. Godzinę wybrano nieprzypadkowo – chrześcijanie wierzą bowiem, że jest to pora demonów, odwrotność godziny 15, kiedy na krzyżu zmarł Jezus Chrystus. Niektórzy pokładają również wiarę w to, że między trzecią a czwartą rano granica między światami żywych i umarłych jest najcieńsza.

Mord miał mieć charakter rytualny

Rytuał rozpoczął się od wymalowania przez morderców symboli na ścianach bunkra – omówię je za chwilę. Na ziemi wyrysowali pentagram, wewnątrz którego nakazali uklęknąć Karinie i Kamilowi. Dla ofiar był to kolejny raz, kiedy partycypowali w obrzędach, nie czuli więc strachu. Zabójcy kazali pochylić im głowy, a następnie w brutalny sposób zasztyletowali swoje ofiary. Karina zginęła od wielokrotnych ciosów nożem w głowę, klatkę piersiową i brzuch, zaś Kamil otrzymał osiem uderzeń w głowę i plecy. Mordercy, wbrew pierwotnym planom, nie zdecydowali się na popełnienie rytualnego samobójstwa.

Ofiary były przekonane, że to kolejna schadzka

Ofiary miały 18 (Kamil) i 19 (Karina) lat, zaś mordercy – 21 (Tomasz) i 20 (Robert). Podczas procesu przyznali się od razu do zarzucanych im czynów. Nie przyznali się natomiast do zacierania śladów. Do dziś nie wyjaśniono, kto nad ranem próbował spalić zwłoki ofiar.

Ślady pozostały do dziś

Postanowiłam także przeanalizować symbolikę użytą przez sprawców. Jest ona chaotyczna i pełna błędów tak rzeczowych, jak i językowych – oczywiście, nie jest to istotą sprawy. Pomyślałam jednak, że podobnie jak ja będziecie chcieli głębiej poznać motywację, która popchnęła młodych mężczyzn do popełnienia tak strasznego czynu.

Niejednoznaczna inkantacja

Najbardziej rzucającym się w oczy elementem są napisy. Większy z nich głosi: „Dies mies jeschet boene doesef douvema enitemaus” i wbrew pozorom nie jest to łacina, a przynajmniej nie ta używana i studiowana na co dzień.  Jest to tak zwana Wielka Inkantacja Agrippy, jednak w trzech księgach jego autorstwa, „De occulta philosophia libri tres” („Trzy księgi o filozofii okultystycznej”) próżno jej szukać.

Wielka Inkantacja Agrippy

Warto dodać, że Heinrich Cornelius Agrippa był alchemikiem, astrologiem i okultystą, który rzekomo zaprzedał duszę samemu diabłu. Mimo że żył na przełomie XV i XVI wieku, autorstwo inwokacji przypisał mu dopiero w dziewiętnastym wieku Eliphas Lévi. Jednak, w istocie, frazę spopularyzował nie kto inny, a ojciec współczesnej grozy, czyli H. P. Lovecraft. Została ona użyta w opowiadaniu „Przypadek Charlesa Dextera Warda”, w opisie wskrzeszenia Josepha Curwena. Ta sama inwokacja, pisana w odmienny sposób, znajduje się także w tłumaczeniu „Większego klucza Salomona”, grimoire, którego autorstwo przypisuje się królowi Salomonowi.

Niektóre źródła przypisują autorstwo inwokacji Pietro D’Abano, żyjącemu na przełomie XIII i XIV wieku dominikańskiemu alchemikowi skazanemu na spalenie na stosie. D’Abano popełnił samobójstwo tuż przed wykonaniem wyroku.

W kwestii znaczenia inwokacji próżno szukać jednoznacznej interpretacji. Owszem, łatwo znaleźć luźne przekłady, jednak sama inwokacja zdaje się nie mieć sensu… Wypowiedziana stanowczo, ma podobno ogromną moc przywoływania złych duchów. Jej istotą jest podkreślenie składania ofiary z dwojga.

Na ścianach bunkra znajdziemy całe mnóstwo symboli

Nie rozumieli znaczenia symboli, których użyli

Drugim napisem jest błędnie sformułowany „Inet Confeto Satana” (zamiast „In Te Confeto Satana”), czyli po prostu „Wierzę / Ufam Tobie, Szatanie”.

Wśród symboli znajdziemy także egipskie „oko księżycowe”, czyli oko Horusa, zwane też okiem Uadżet. Jego obecność niesamowicie mnie bulwersuje, ponieważ ten przepiękny symbol reprezentuje w mitologii staroegipskiej odrodzenie oraz drogę do zdrowia. Jest to potężny amulet chroniący przed wszelkim niebezpieczeństwem, a przede wszystkim chroniący życie samo w sobie. Jego ułamkowa konstrukcja pozwalała Egipcjanom na zastosowanie go w zapisie matematycznym. Spekuluje się, że pseudo satanistom mogło chodzić o zapis symbolu bóstwa Amon-Re, które i tak nie ma żadnych powiązań z satanizmem!

Sprawcy odwoływali się nawet do… Mitologii egipskiej

Najprawdopodobniej oko Horusa znalazło się na ścianie bunkra jako „samadhi” – „superświadomość”. Wszechwidzące oko, symbol gnozy, wszechwiedzy i boskości, jak i piramida to także symbole masońskie.

Kolejnym symbolem, tym razem bezpośrednio związanym z kultem Szatana, jest krzyż zamętu (to ten z „haczykiem” na dole). Jego przesłaniem jest negowanie podwalin chrześcijaństwa i boskości Chrystusa, choć interpretacje są zróżnicowane i niejasne.

Większość starych napisów została wiosną 2023 roku zamalowana przez chuliganów

Na jednej ze ścian wymalowano także spory trójząb. Jest to kolejny symbol zaczerpnięty z wierzeń przedchrześcijańskich, współcześnie przypisywany satanistom. Tak zwany „trójząb diabła” w rzeczywistości pochodzi z hinduizmu, gdzie zwany jest „triszul” i symbolizuje przebijanie się przez trzy węzły w czakrach: podstawy, serc oraz „granthi”. Jest on atrybutem boga Śiwy.

Według chrześcijan, trójząb ma być dzierżony przez Diabła

Oczywiście, w wierzeniach indoeuropejskich trójząb był atrybutem Posejdona (w Grecji) i Neptuna (w Rzymie), panów wód. Bogowie korzystali z niego, aby wzbudzić fale i burze. W wierzeniach taoistycznych trójząb symbolizuje tajemniczość Trójcy i trzy Czyste Człowiecze, służąc do wzywania bóstw i duchów.

Odwrócone krzyże oraz „liczba bestii” 666 również znalazły się na ścianach schronu. „Liczba bestii” odnosi się do postaci z 13 rozdziału Apokalipsy świętego Jana, konkretnie pierwszej z Bestii, popularnie utożsamianej z Szatanem lub Antychrystem.

Niestety, obiekt przyciąga także całe rzesze łowców duchów

Społeczność nie zapomniała o zbrodni

Pamięć o tragedii, która rozegrała się w schronie numer 44, jest wciąż żywa. Nic dziwnego, wszak rówieśnicy ofiar i zabójców to nadal młodzi ludzie, mający dzisiaj około czterdziestu lat. Jeden z zabójców, Robert K., ma już niedługo wyjść na wolność. Drugi, Tomasz S., został skazany na dożywotnie pozbawienie wolności. Sprawa do dziś budzi ogromne emocje i roznieca dyskusje na całe spektrum tematów.

Nie ulega wątpliwości, że czyn, którego dopuścili się sprawcy, zasługuje na najsurowsze potępienie…

Co o tym sądzisz?

Ekscytujące!
20
OK
6
Kocham to!
2
Nie mam pewności
1
Takie sobie
0
Joanna Stebel
Miłośniczka podróży w najróżniejsze zakątki świata, jednak najbardziej umiłowała Śląsk - zwłaszcza rodzimy Górny Śląsk. Z wykształcenia filolożka, historyczka sztuki oraz inżynier chemii. Z pasji - wieczna wiercipięta z nieodłączną gitarą basową u boku. Z zawodu tłumaczka i nauczycielka z wieloletnim stażem. Uwielbia odkurzać stare, zapomniane historie i przypominać je światu. Od 2019 prowadzi autorski projekt internetowy Sassy Silesian.
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Kategoria:Górny Śląsk

0 %