Królikowice. O odciętych palcach, stu czterdziestu śmiertelnych ciosach i sypialni spływającej krwią
To była wyjątkowa podróż. Jej cel był dla nas tak niesamowicie fascynujący, że zupełnie nie zważałyśmy na niedopisującą pogodę. Tamtego dnia strasznie wiało, co bardzo przeszkadzało w pedałowaniu i utrudniało przemieszczanie się na dwóch kółkach. Poza tym dosłownie co godzinę niebo robiło się czarne i albo lało jak z cebra, albo waliło gradem. Mimo to nie przejmowałyśmy się tą aurą i robiłyśmy swoje. Ostatecznie byłyśmy bardzo zadowolone z tej wyprawy, ale co się wtedy umęczyłyśmy, to nasze.
A jak wyglądała nasza trasa? Posłuchajcie… Wyruszyłyśmy w drogę ze Środy Śląskiej, a naszym ostatecznym celem były Królikowice w powiecie wrocławskim. Najpierw wsiadłyśmy do pociągu, który zawiózł nas do Leśnicy, i dopiero stamtąd zaczęłyśmy pedałować. Kierowałyśmy się na Samotwór, Skałkę, Małkowice i Sadków, gdzie zrobiłyśmy pierwszy dłuższy przystanek. To była naprawdę przepiękna trasa rowerowa i szkoda tylko, że wiatr tak mocno dawał nam się we znaki…
Sadków na horyzoncie
W Sadkowie dałyśmy po hamulcach, kiedy zobaczyłyśmy tamtejszy pałac. Znajdował się on za murowanym ogrodzeniem, a jego portal stał w otoczeniu rusztowań. Najwyraźniej prowadzono tam prace konserwatorskie. Nigdzie jednak nie mogłam dostrzec bramy ani furty, przez którą choćby z daleka udałoby mi się zrobić zdjęcie tej budowli w całości. Bardzo było mi przykro z tego powodu. Pomimo moich starań – wdrapywania się na mur, podskakiwania i lukania przez ogrodzenie z siatki – niczego konkretnego nie wskórałam, ponieważ cały widok zasłaniały drzewa.
W końcu odpuściłam, bo naprawdę nie widziałam szans na to, że zarchiwizuję ten obiekt. Ponownie wsiadłyśmy więc na rowery i ruszyłyśmy dalej. Ja odpuściłam, ale los najwyraźniej nie chciał tego zrobić. Chwilę potem znowu musiałyśmy się zatrzymać – tym razem na widok nietuzinkowej urody kaplicy, która ongiś była mauzoleum jaśniepanów rezydujących w tym pałacu. Korzystając z tego, że tuż obok znajdował się kościół, postanowiłyśmy i tam zerknąć. Ines została z psem i rowerami za ogrodzeniem, a ja weszłam na teren świątyni, aby na szybko rozeznać się w sytuacji i sprawdzić, czy nie ma tam czegoś wartego większej uwagi. Wtedy dostrzegłam starszą panią sprzątającą mogiłę. Zapytałam ją tak z marszu, czy istnieje możliwość wejścia na teren pałacu, by zrobić kilka zdjęć? Usłyszałam, że właścicieli wprawdzie nie ma, ale można spróbować zajść od tyłu i nacisnąć klamkę w furtce, bo bywa, że jest otwarta.
Po zdobyciu tej cennej informacji od razu wróciłam do Ines i Lonka z dobrą nowiną, że trzeba poszukać tylnej bramy wjazdowej, to może zdobędziemy upragnione archiwum. Czym prędzej ruszyłyśmy we wskazanym przez starszą kobietę kierunku i rzeczywiście, tuż za kościołem, wypatrzyłyśmy nadchodzącą możliwość.
Krótka lekcja fotografowania
Przy bramie rozstałyśmy się na chwilę. Zostawiłam córkę i psa przy rowerach za ogrodzeniem, a sama pchnęłam furtę, która lekko drgnęła, a potem otworzyła się, skrzypiąc. Wtedy jeszcze nie wyglądało to tak jak na fotografii powyżej, gdyż plac był zamknięty. Ale po kolei! Weszłam tam więc solo, a właściwie to się skradałam. Bardzo nie chciałam, żeby ktoś mnie zrugał za wtargnięcie, choć nie miałam złych zamiarów – tylko złe zwyczaje pochodzące z czasów, kiedy Nieustanne Wędrowanie bez przerwy musiało przechodzić przez płoty i skakać przez mury po to, aby nazbierać materiału na bloga.
Truchcikiem dotarłam na wystarczającą odległość i strzelałam w pałac z aparatu. Była to sytuacja niekomfortowa, ale i tak czułam, jak zalewa mnie fala adrenalinowego szczęścia. Fotografowałam to cudeńko z bijącym sercem i wypiekami na twarzy. Wszystko poszło gładko i bardzo szybko, ale kiedy odwróciłam się w stronę wjazdu na posesję, zobaczyłam, że ktoś otworzył bramę, żeby wjechać autem. Po prostu mnie zmroziło. To było coś, na co psychicznie całkiem nie byłam gotowa. Nie tamtego dnia – wiatrzysko i deszcz i tak już mocno zryły mi beret. Cóż jednak było robić? Ruszyłam spokojnie ku wyjściu, do reszty ekipy, a samochód po prostu mnie minął. Nie zatrzymał się nawet. Takie buty!
Dwór obronny otoczony fosą
Kiedy emocje już opadły, zaczęłam kopać w historii tego miejsca, bo to cudeńko ma niesamowitą przeszłość. Wszystko tutaj zaczęło się od Szymona von Haniwaldt (1529–1599) – zamożnego mieszczanina z Bolesławca, który wiedział, jak się zakręcić. Dzięki absolutnej lojalności wobec Habsburgów i smykałce do zarządzania, w 1569 roku zgarnął od cesarza Maksymiliana II dziedziczny tytuł szlachecki. Szymon ostro parł do przodu i piął się po szczeblach kariery – został radcą we Wrocławiu i doradcą samego cesarza. Gigantyczny majątek ulokował pod Wrocławiem, a symbolem jego życiowego sukcesu stał się właśnie Sadków. Około 1594 roku postawił tam murowany, renesansowy dwór obronny z fosą. Ta miejscówka przypieczętowała prestiż nazwiska i stała się główną bazą rodu.
Gdy Szymon zmarł w 1599 roku, jego dwaj synowie – Andreas i Adam – byli u szczytu wpływów i podzielili między siebie strefy dyktowania warunków. Andreas (ok. 1560–1622) rozbił bank w samym centrum dowodzenia – został Tajnym Radcą cesarza Rudolfa II w Pradze. Jako ortodoksyjny katolik i fan kontrreformacji, stał się jedną z najbardziej wpływowych, ale i najbardziej znienawidzonych przez protestantów szych w państwie. Adam natomiast (1567–1621) pilnował rodzinnego interesu na Śląsku. Jako Cesarski Skarbnik trzymał łapę na regionalnych podatkach i ogarniał majątek w Sadkowie, doglądając dworu, gdy brat robił karierę w Pradze.
Bracia wspólnie zarządzali rodzinną kasą. Zrobili niezły pokaz siły, fundując wypasione, manierystyczne epitafium ku czci ojca w sąsiedniej Żórawinie. Prawdziwy, tragiczny finał tej historii przyniósł wybuch wojny trzydziestoletniej (1618). Jako cesarscy urzędnicy i katolicy, bracia błyskawicznie trafili na celownik protestanckich rebeliantów. Ich ostatnie lata upłynęły w totalnym strachu przed spiskami, linczem i utratą całego dobytku. Adam zmarł w 1621 roku, nie dożywając momentu, w którym Żórawina miała oficjalnie stać się miastem – choć miał już przecież w kieszeni cesarski glejt na prawa miejskie i planował nadać jej rodowy herb. Andreas odszedł chwilę później, w 1622 roku w Pradze. Choć ich ród wygasł, a Śląsk został wkrótce doszczętnie spustoszony przez wojnę, ich dziedzictwo przetrwało. Niemym świadkiem tej historii do dziś są renesansowe piwnice i mury pałacu w Sadkowie.
Czas Rothkirchów
Po wygaśnięciu linii rodu von Haniwaldt, w Sadkowie zrobił się niezły kocioł. Przez trwającą wojnę trzydziestoletnią dokumenty z tamtych lat po prostu wyparowały i do dziś nie do końca wiadomo, kto dokładnie przejmował tam stery. Prawdziwy przełom nastąpił jednak w 1714 roku, kiedy wjechał tu potężny śląski ród von Rothkirch i przejął ten majątek na kolejne dwa stulecia. Ale uwaga! Renesansowy dwór obronny, który postawił stary Szymon, nie dotrwał do naszych czasów w całości. W 1739 roku miejsce to nawiedził potężny pożar, który doszczętnie strawił budowlę. Hrabia Hiob Heinrich von Rothkirch nie załamał jednak rąk – wykorzystał ocalałe piwnice oraz stare mury i w latach 1739–1744 postawił na nich zupełnie nowy, barokowy pałac. I to jest dokładnie to cudeńko, z którego portalem tak się przed chwilą boksowałam przez ogrodzenie!
Rodzina von Rothkirch trzymała łapę na Sadkowie przez ponad 230 lat, aż do końca II wojny światowej, kiedy to ostatni właściciel, Oskar von Rothkirch, musiał się stąd ewakuować. Po 1945 roku pałac przejął Skarb Państwa i jak to w tamtych czasach bywało – urządzono tu PGR. Od 1995 roku obiekt jest znowu w rękach prywatnych, należąc do rolniczej spółki z kapitałem holenderskim.
Kiedy tak stałam pod bramą, chowając aparat przed deszczem, poczułam niesamowity respekt do tego miejsca. Zza ogrodzenia patrzyło na nas cudeńko, które przetrwało wygaśnięcie dumnego rodu von Haniwaldt, przeżyło potężny pożar, ponad dwa stulecia rządów rodziny von Rothkirch, a na koniec nawet polski PGR. A teraz jest w rękach holenderskiej spółki i pisze swój kolejny rozdział. To przykład niesamowitej woli przetrwania.

Wiatrem pisane Królikowice
Emocje jeszcze opadały, kiedy z powrotem przejęłam stery swojego roweru, dałam znak ekipie i ruszyliśmy przed siebie. Sadków zostawał w tyle, wiatr wciąż zrywał beret, a przed nami były już tylko wyczekiwane Królikowice – główny punkt programu! Tam to dopiero czekała na nas historia, że klękajcie narody! Jechałyśmy ku autostradzie, aby w Małuszowie przekroczyć tę „Wielką Rzekę Aut”, a następnie kierować się dalej na Krzyżowice i Bąki. Kiedy zostawiłyśmy w tyle drogę szybkiego ruchu i wokół zrobiło się ciszej, podróż stała się przyjemniejsza, choć niebo nieustannie straszyło deszczem. Byłyśmy bardzo zmęczone tym bezlitosnym wiatrem, który druzgotał nasze kolana podczas jazdy i robił w głowach straszny młyn, ale wiedziałyśmy, że nasz cel jest już naprawdę niedaleko i to dodawało nam sił. Nie mogłam się już doczekać chwili, kiedy znajdę się w samym środku tej strasznej historii, która mnie tam zwabiła…
Karuzela wieków w Królikowicach
Zanim jednak opowiem Wam, co zastałyśmy na miejscu, musimy na chwilę wrzucić wsteczny bieg i prześwietlić przeszłość tego miejsca. A działo się tu, wierzcie mi, całkiem sporo! Królikowice to stary, dolnośląski świadek historii, którego korzenie sięgają głębokiego średniowiecza, a majątek przez stulecia wędrował z rąk do rąk jak wyciągnięty z ogniska gorący kartofel. Wszystko zaczęło się w 1334 roku, kiedy wieś była jeszcze własnością książąt wrocławskich. To właśnie wtedy książę Henryk VI zwany Dobrym sprzedał te dobra trzem braciom: Mikołajowi, Konradowi i Henrykowi von Weizenrodau. Niedługo później, w 1376 roku, majdan przeszedł w ręce bogatego wrocławskiego mieszczanina, który nazywał się Otto von der Neisse. Kolejne epoki przynosiły nowych panów na włościach – przez cały XVI wiek rządził tu znany śląski ród von Hörnig, a w XVII stuleciu stery przejęła rodzina Springel von Edelstein.
I to właśnie na fundamencie tej wielowiekowej historii, pod koniec XVIII wieku, wyrosła opowieść o pałacu, który w zmienionej formie przetrwał do dziś. Wtedy wjeżdżają tu jaśniepanowie z rodziny von Schickfus i na bazie dawnych dóbr stawiają pierwszy murowany dwór barokowo-klasycystyczny. Od tego momentu karuzela nazwisk tylko przyspiesza! Major von Heinze i jego spadkobiercy, a od 1845 roku hrabia Karl von Harrach – gość znany z wielkiego serducha i zakładania ochronek dla dzieciaków lokalnych robotników. Druga połowa XIX wieku to już czas potężnych bogaczy. Najpierw dobra wykupuje śląski przemysłowiec Eduard von Kramsta, a pod koniec stulecia pałac zgarnia rodzina von Wietersheim. To właśnie oni dali budowli totalny wycisk stylistyczny i przebudowali ją na neorenesansową perełkę, którą oglądamy dzisiaj, a ostatnim przedwojennym właścicielem zostaje Hans Christoph von Wietersheim-Kramsta.
Po 1945 roku, klasycznie, pałac przejął Skarb Państwa i urządził tu wiejski PGR, co doprowadziło obiekt do stopniowego zaniedbania. Choć Dolny Śląsk słynie z powrotów dawnych dziedziców – tak jak Melitta Sallai, córka ostatniego właściciela pobliskiej Morawy, która w latach 90. odkupiła i uratowała tamtejszy pałac – to mury w Królikowicach wciąż czekają na swój pełny dawny blask, skrywając w cieniu parkowych drzew opowieść znacznie mroczniejszą niż powojenne zaniedbania.
Horror w pruskim pałacu
Aby w pełni zrozumieć dramat, który na zawsze zapisał się na kartach dolnośląskich kronik kryminalnych, musimy cofnąć się do roku 1810. Dla postronnych obserwatorów życie toczące się za murami rezydencji stanowiło wtedy uosobienie pruskiego ładu, sukcesu oraz wysokiej pozycji społecznej. Właścicielem majątku był wówczas Johann Christoph von Eisenhart. Jako były podporucznik pułku husarów reprezentował elitę dawnej armii. Co ważniejsze, nosił nazwisko, które w ówczesnych Prusach budziło ogromny szacunek – był bowiem synem zmarłego szefa berlińskiej policji, człowieka o potężnych wpływach i nieposzlakowanej opinii. Majątek w Królikowicach oraz sąsiednie dobra Blumenau odkupił za zawrotną jak na tamte czasy sumę 41 500 talarów od swojej teściowej, baronowej von Reichel. Wraz z piękną, powszechnie szanowaną żoną, Wilhelminą z domu von Rechell, tworzyli parę idealną. Wychowywali wspólnie dzieci, ciesząc się szacunkiem służby oraz okolicznych mieszkańców. Nic nie zapowiadało, że ten bastion rodowej dumy lada dzień zamieni się w teatr krwawej tragedii.
Poniższy opis wydarzeń opieram na relacji zamieszczonej na stronie internetowej Polska-org.pl, będącej tłumaczeniem historycznego tekstu z „Schlesische Provinzialblätter” oraz materiałów dotyczących historii Królikowic opublikowanych przez Kobierzycki Ośrodek Kultury. Zachowuję zasadniczy przebieg wydarzeń przedstawiony w źródle, nadając mu własną formę narracyjną.
Sierpień 1810 roku na Dolnym Śląsku był duszny i niespokojny. W majątku panowała gęsta, chorobliwa atmosfera. Johann od kilku tygodni nie przypominał samego siebie; mężczyznę trawiła wysoka gorączka oraz nieznośny, pulsujący ból głowy. Wraz z chorobą fizyczną w jego umyśle zrodziło się mroczne obłąkanie. Zaczął wierzyć, że wszyscy wokół uknuli przeciwko niemu spisek i dybią na jego życie. Nawet oddana żona Wilhelmina, którą dotąd publicznie wychwalał pod niebiosa za jej cnotliwość i doskonałość, w jego oczach stała się częścią śmiertelnej intrygi.
W piątek, 4 sierpnia, stan pana na Królikowicach gwałtownie się pogorszył. Wezwany do pałacu chirurg podał mu środki na zbicie gorączki i torsje. Jednak paranoja Eisenharta była już zbyt silna. Przekonany, że medykament to trucizna, zmusił psa do zjedzenia leku wymiotnego, a resztę kazał wypić przerażonej kucharce, którą następnie brutalnie wepchnął do izby i zatrzasnął za nią drzwi. W chorym umyśle Johanna zaczął kiełkować potworny plan. Działał w sposób metodyczny i zatrważająco zimny. Aby pozbyć się z pałacu potencjalnych obrońców i świadków, spisał listę spraw do załatwienia we Wrocławiu na zaplanowane na kolejny dzień urodziny swojej teściowej, baronowej von Reichel. Wręczył ją ochmistrzowi, ponaglając go, by ten jak najszybciej ruszył w drogę. Gdy nastał wieczór, Johann zamknął mamkę z najmłodszym, trzecim dzieckiem w ich pokoju, a resztę służby odprawił. Sam, zabierając ze sobą naostrzoną wcześniej szpadę, udał się do sypialni. Tam zamknął się z Wilhelminą oraz dwiema starszymi córkami. Najstarsza z nich, 11-letnia Elmira, była dzieckiem wyjątkowo miłym i starannie wychowanym przez babcię.
Zabić węża!
Służba i domownicy, mimo tych dziwnych zachowań pana domu, nie podjęli żadnych kroków, by zapobiec tragedii. Sama Wilhelmina uspokajała wszystkich, prosząc o spełnianie woli męża. Tłumaczyła, że Johann nie spał od kilku nocy, potrzebuje bezwzględnego spokoju i na pewno nikomu nie wyrządzi krzywdy. Ta ufność okazała się zgubna.
Około godziny trzeciej nad ranem, 5 sierpnia, Johann Christoph obudził się w ciemnościach. W blasku księżyca dostrzegł sylwetkę żony stojącą przy oknie. W jego głowie natychmiast narodziła się chora myśl: uznał, że Wilhelmina chce wpuścić do pokoju jego zabójcę. Bez mrugnięcia okiem chwycił szpadę i zadał jej pierwsze pchnięcia. Przerażona, ranna kobieta rzuciła się do ucieczki, szukając schronienia pod łóżkiem i próbując osłonić się przed ciosami za pomocą zsuwanej pościeli. Johann, rozwścieczony oporem, z najwyższym trudem sięgał głęboko pod ramę mebla. Jak wyznał później, musiał włożyć wiele wysiłku, by dosięgnąć i zabić istotę, którą w swoim szaleństwie nazwał „wężem”.
W sypialni wybuchł chaos. Świadkiem rzezi stała się 11-letnia Elmira. Dziewczynka rzuciła się na kolana, błagając ojca o litość dla matki. Składała dłonie do modlitwy, kurczowo chwytając ostrze. Ojciec nie ulitował się jednak nad pierworodną. Zadając ciosy, odciął dziecku prawie wszystkie palce u rąk. Druga z córek również głośno krzyczała z przerażenia, lecz gdy ojciec warknął w jej stronę z groźbą, dziewczynka zdołała wejść pod łóżko i zamilknąć, dzięki czemu ocalała. Gdy obie ofiary przestały się ruszać, von Eisenhart poczuł, jak opuszcza go napięcie. W głębokim przekonaniu, że dokonał właściwego i sprawiedliwego czynu, położył się spać. Zasnął spokojnie na trzy godziny obok broczących krwią ciał.
Podczas sekcji zwłok na ciele Wilhelminy doliczono się około 75 ran ciętych i kłutych, a na ciele małej Elmiry – 65. Choć większość ciosów była śmiertelna, lekarze uznali, że matka i córka nie zginęły na miejscu, lecz umierały w męczarniach przez powolne wykrwawienie.
Pojmanie szaleńca
O poranku mamka, którą w nocy zaniepokoiły stłumione jęki dochodzące z sypialni gospodarzy, postanowiła sprawdzić, co się stało. Ponieważ drzwi jej pokoju były zaryglowane, wydostała się na dziedziniec pałacowy przez okno. Tam drogę zaszedł jej rozbudzony hałasem Eisenhart, trzymający w dłoniach zakrwawioną szpadę oraz pistolet. Chwilę później szaleniec wybiegł z terenu majątku i popędził prosto do wsi. Biegał między chałupami, wrzeszcząc na całe gardło: „Wychodzić! Wychodzić! Jestem królem!”. Zdezorientowani i przerażeni chłopi ruszyli za nim w pościg i schwytali go dopiero na okolicznym polu.
Jeszcze tego samego dnia śledczy przeprowadzili obdukcję i wizję lokalną. Johanna Christopha postawiono w pałacowej sypialni, dokładnie pomiędzy zmasakrowanymi ciałami żony i córki. Pokazano mu narzędzie zbrodni, z którego wciąż kapała krew. Na mordercy nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Na jego twarzy nie drgnął żaden mięsień, nie okazał skruchy ani żalu – biło od niego wręcz ponure zadowolenie z dobrze wykonanego zadania. Zbrodniarza zamknięto w lochu pod ratuszem. Tam jego obłęd trwał w najlepsze. Odmawiał jedzenia, podejrzewając strażników o próby otrucia, a momentami wpadał w taką furię, że mimo skucia ciężkimi łańcuchami zdołał rzucić się na jednego z dozorców i próbował go udusić. Powołani do sprawy lekarze szybko sporządzili opinię dla sądu, zgodnie orzekając, że von Eisenhart dokonał tego makabrycznego czynu w stanie całkowitej niepoczytalności. Zbrodnia wstrząsnęła całym Dolnym Śląskiem, stając się jednym z najgłośniejszych procesów kryminalnych tamtej epoki. Kontrast był uderzający – podczas gdy bracia Johanna zdobywali najwyższe laury i stanowiska (jeden z nich, Johann Friedrich, został słynnym pruskim generałem), on sam splamił nazwisko krwią najbliższych.
Za kwotę 41 500 talarów, które niegdyś zapłacił za odkupienie majątku, kupił sobie jedynie miejsce swojej straszliwej zbrodni. Po procesie zniknął z życia publicznego. Uniknął stryczka tylko ze względu na obłęd i przeżył w odosobnieniu jeszcze 13 lat, umierając w 1823 roku. Tragedię rodziny von Eisenhart próbował upamiętnić domowy nauczyciel nazwiskiem Hilbert. Niedługo po rzezi napisał trzy poruszające wiersze, które zadedykował zmarłym i żywym: mężowi okrutnie zamordowanej Wilhelminy, pamięci jedenastoletniej Elmiry oraz pogrążonej w niewyobrażalnej żałobie matce i babce, która musiała dźwigać ciężar tej potwornej straty.
Park dworski
Kiedy stanie się na pałacowym tarasie, dawna elegancja pruskiego majątku całkowicie ustępuje miejsca bezwzględnej, dzikiej naturze. Dawno już zatarły się tu jakiekolwiek ścieżki czy zadbane parkowe alejki. Kiedy spoglądałam w dół z tych kamiennych, nadszarpniętych zębem czasu schodów, mój wzrok tonął w gęstwinie. Dawny ogród zamienił się w zieloną, nieokiełznaną dolnośląską dżunglę – tuż pod tarasem rozlewa się morze wysokich pokrzyw, dzikich traw i chaszczy, które całkowicie pożarły dawny ład. Nad tym zielonym chaosem góruje ściana leciwych drzew, odcinających park od reszty świata i rzucających głęboki cień na to miejsce dawnej tragedii. Natura wzięła tu pełny odwet, jakby celowo chciała zarosnąć i ukryć przed światem ponurą przeszłość tego miejsca.
Przyznaję, że stan tego ogrodu dworskiego bardzo mnie zdziwił. Widziałam wiele podobnych enklaw pojaśniepańskiej zieleni i choć minęło już tak wiele czasu, to jednak przeważnie bez problemu mogłam po nich spacerować, używając tych samych parkowych dróżek, co ich dawni właściciele. Ale tam, w tych Królikowicach, nie było o tym mowy. To miejsce jakby umarło…
Zanim jednak stamtąd odjechałyśmy, stałyśmy jeszcze przez chwilę na pałacowym dziedzińcu i zastanawiałyśmy się, przez które okno wyskoczyła ta pokojówka, którą zamknął w pokoju jej szalony pan? Ta historia prawdziwie nami wstrząsnęła. Długo jeszcze analizowałyśmy każdy jej szczegół podczas drogi powrotnej do domu, a była ona bardzo długa…
Biskupice Podgórne
Jechałyśmy najsampierw przez Kobierzyce, gdzie wzięłyśmy sobie obiad na wynos w barze mlecznym, a potem konsumowałyśmy go na terenie tamtejszego kościoła, siedząc na ławce przy kapliczce ze świętą Bernadettą, której objawiła się Matka Boska. Jadłyśmy tam bez dachu nad głową, a deszcz kapał nam do talerzy. Potem po trasie były Racławice Wielkie, Żerniki Małe, Tyniec Mały i Biskupice Podgórne. To właśnie tam niebo znowu straszliwie się zaniosło. Zrobiło się ciemno i ponuro, a ja miałam korki w uszach zupełnie tak, jakbym była w górach. Najwyraźniej ciśnienie gwałtownie się zmieniło i mocno to odczuwałam. Po drodze mijałyśmy przystanek autobusowy, ale pomimo chmur nie zatrzymałyśmy się pod jego plastikowym dachem. Tego dnia widok granatowego nieba towarzyszył nam nieustannie, więc zdążyłyśmy już przywyknąć do tej aury. Wbrew pozorom wcale tak bardzo nie zmokłyśmy – zawsze udawało nam się w porę schronić przed deszczem, a wszystkie ulewy były przelotne. Minęłyśmy więc wiatę obojętnie, licząc na dalszą dobrą passę. I w tym momencie zobaczyłam ją – wyłaniającą się z gęstwiny drzew, piękną, kształtną wieżyczkę, która nad nimi górowała. Od razu dałam po hamulcach, wołając do Ines, żeby zjechała na pobocze, bo musi to zobaczyć!
To było prawdziwe cacko. Pałac jak z bajki – piękny jak milion dolarów i autentycznie zwalający z nóg! Dosłownie oszalałam na jego punkcie i za wszelką cenę chciałam podejść bliżej, żeby zrobić zdjęcia. Niestety, brama była zamknięta na cztery spusty, a cały teren otoczono siatką ogrodzeniową. Widziałam tylko tyle, ile udało mi się dostrzec zza drutów i rosnących tuż za nimi drzew. Zrobiłam zaledwie jedną fotografię na zoomie i to byłoby na tyle. Z bardzo kwaśną miną i w poczuciu ogromnego niedosytu odjeżdżałyśmy z tych Biskupic, mając po prawej stronie całą tę ogromną posesję.
Sytuacja jednak mocno mnie nakręciła i nie mogłam przestać o tym mówić. Nieustannie oglądałam się za siebie w nadziei, że znajdziemy się w jakimś wyższym punkcie, skąd będę mogła zrobić jeszcze jedno zdjęcie, ale takiego miejsca nie było. I choć wiało straszliwie, straszyło deszczem, a Ines była już naprawdę zmęczona, to zaczęłam spekulować, że w przypadku tak wielkiego terenu i tak pięknego pałacu, który wygląda na niezamieszkały, na pewno gdzieś musi być dziura w płocie. Naprawdę musi być, tylko że jeszcze jej nie namierzyłam! Nie ma co się temu dziwić, bo to przecież siatka od strony asfaltu, ale… „Zobacz! – krzyknęłam do Ines. – Tutaj się kończy, zatrzymajmy się na chwilę! Ja tylko zerknę w ten rzepak, może da się wejść od tamtej strony?!”.
Niechętnie, bo niechętnie, ale stanęło na moim. Zatrzymałyśmy się i wbiłyśmy w pole wysokiego już rzepaku, który dojrzewał wzdłuż ogrodzenia. I nagle wyrosła przed nami jak marzenie! Wielka dziura w siatce ogrodzeniowej! Idealne przejście dla amatorów fotografowania zabytków, którzy odważyli się realizować swoje plany pomimo zakazów. Ja jednak bynajmniej nie miałam zamiaru robić nowych przejść – chciałam jedynie skorzystać z już istniejącego.
Dziura w płocie
Powiedziałam wtedy do Ines, żeby została przy dziurze z Lonkiem, a ja pójdę sama i szybko się uwinę. Podejdę, zrobię kilka zdjęć i zaraz wracam. Jak postanowiłam, tak też się stało. Przelazłam przez wyrwę w płocie i usłyszałam tylko: „Uważaj na siebie!”, na co odparłam, że oczywiście. A potem jeszcze: „Masz przy sobie gaz?”. No jasne, że miałam, ale jeszcze tylko tego by brakowało, żebym gazem potraktowała kogoś, komu właśnie wtargnęłam na chatę! Wtedy jednak o tym nie myślałam – chciałam po prostu zrobić swoje i zdążyć przed deszczem. Ja nigdy nie biegam, bo nie lubię – to zupełnie nie mój konik – ale wtedy przez cały czas leciałam truchcikiem, trzymając w rękach torbę upiętą na biodrach, żeby mi nie przeszkadzała. To musiało przekomicznie wyglądać, ale co tam, cel uświęca środki! Park okazał się ogromny i zanim dotarłam do głównej bramy wjazdowej, zdążyłam się nieźle zasapać. Stamtąd pałac miałam już jak na dłoni, ale od samych jego murów wciąż dzielił mnie jeszcze spory dystans, więc gnałam przed siebie, ile sił w nogach, żeby dopaść go jak najszybciej.
Byłam zziajana, ale szczęśliwa. Co chwilę przystawałam i robiłam zdjęcia – tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś mnie tam nakrył i przedwcześnie wyrzucił na zbity pysk. Chodziło o to, żeby po wszystkim nie zostać z niczym. Sukcesywnie przybliżałam się do mojego celu, a serce waliło mi jak oszalałe. Kiedy znalazłam się przy portalu, zaczęło lekko kropić, więc mój truchcik jeszcze przyspieszył. Cykałam fotki jak w transie, nie bacząc na nic. Znalazłam się w swoim żywiole. Emocje wzięły górę do tego stopnia, że aż potykałam się o własne nogi. To było coś niesamowitego – widzieć ten obiekt z bliska i móc dotknąć jego ścian. Te uczucia zawładnęły mną bez reszty. I choć robiłam coś, co umówmy się, nie było do końca poprawne politycznie, to przez cały czas miałam banana na twarzy i zero wyrzutów sumienia. Usprawiedliwiałam się w duchu, że przecież nie robię niczego złego – chciałam go tylko zobaczyć i zrobić mu fotki. Za wszelką cenę.
Po chwili znalazłam się z drugiej strony obiektu, gdzie zastałam wyjście ogrodowe. Ulokowano je trochę dziwnie, bo nie na tyłach, tylko z boku. Ale powiem Wam, tam to dopiero był portal… Gigantyczny! Prawdziwe architektoniczne cudo z gabarytami, że klękajcie narody! Był strasznie wysoki, więc zadarłam głowę, żeby objąć go w obiektywie. Dokładnie wtedy zaczęło lać i pierwsze wielkie krople spadły mi na aparat – to dlatego zdjęcie wyszło takie niewyraźne. Nie było sensu ponawiać próby, bo ulewa rozkręciła się na dobre. Obróciłam się więc i zrobiłam zdjęcia z tarasu. Trzymając sprzęt pod takim kątem, nie moczyło mi obiektywu.
I w tym momencie zadzwoniła Ines. Powiedziałam jej, że już wracam i będę za chwilę, ale bardzo chciałam jeszcze chociaż na moment luknąć na tyły zabytku – bo może tam też czekało na mnie coś ciekawego – jednak w tej samej chwili zauważyłam, że stoi tam samochód. W tych okolicznościach bez zastanowienia wzięłam odwrót i zaczęłam zbiegać z „miejsca zbrodni”. Deszcz wyglądał już jak prysznic odkręcony na full. W jednej sekundzie zrobiłam się totalnie przemoczona, ale gnałam do mojej dziury w płocie tak, jakby czekał tam na mnie jakiś ratunek. Ale ratunku nijakiego nie było. Kiedy spotkałam się z Ines i z Lonkiem, wszyscy ociekaliśmy wodą, a jednak pierwsze, co wykrzyknęłam do córki, to: „Mam! Zrobiłam!”. Takie buty!
Pałac w Biskupicach Podgórnych. Odrobina historii
Ta piękna budowla położona jest niedaleko Wrocławia, w Biskupicach Podgórnych. Otacza ją malowniczy park, założony w 1870 roku. Choć pałac ma barokowe korzenie sięgające pierwszej połowy XVIII stulecia, to jego dzisiejszy wygląd to przede wszystkim efekt gruntownej przebudowy z końca XIX wieku. Majątek należał wtedy do rodziny Hirschel – Ernesta, Georga i Salo.
I tutaj w zasadzie kończy się moja wiedza na temat tego obiektu. Nie udało mi się ustalić niczego więcej, choć poświęciłam tym poszukiwaniom naprawdę mnóstwo czasu. Nie zachowały się żadne listy, wspomnienia ani rodzinne fotografie związane z tymi ludźmi i tym miejscem. Nie znamy dat ich narodzin ani śmierci, imion żon czy dzieci. Nie wiemy, jak wyglądała ich codzienność. Nazwisko Hirschel pojawiało się wprawdzie wśród żydowskich rodzin na Śląsku, ale w przypadku właścicieli z Biskupic nie dysponuję żadnymi dalszymi szczegółami. Zostali w dokumentach jedynie jako ci, którzy kiedyś tu rezydowali. Pozbawieni twarzy, odarci z osobistej historii… bez żadnego dalszego ciągu.
Kiedy wygramoliłyśmy się z tego pola rzepaku, który rósł przy tajemnym przejściu dla amatorów wrażeń, byłyśmy mokre jak szczury. Jedynie Lonek ucierpiał nieco mniej, bo siedział w koszu i Ines nakryła go kurtką. Wszystkim nam zrobiło się chłodno, tym bardziej że nie było to samo południe, a raczej wieczór. Nie myślałyśmy jednak o tym, bo musiałyśmy jechać dalej. Przełożyłam tylko psu poduszkę z mokrej strony na suchą, on się otrzepał i po chwili już pedałowałyśmy. Przed nami był jeszcze jeden wspaniały zabytek w Bliżu, który w tamtym momencie miałyśmy już zamiar odpuścić. Kiedy jednak go zobaczyłyśmy, całkowicie zmieniłyśmy zdanie…
Pałac Bliż
Tutaj sytuacja wyglądała dużo lepiej, jeśli chodzi o dostęp do zabytku – jest on teraz po prostu budynkiem wielorodzinnym, więc każdy może podejść bliżej. Ines miała już jednak dość tamtego dnia i chciała zostać przed furtą. Namówiłam ją jednak, żeby dała się przekonać. Zainteresowałam ją tym pięknym pałacem, mówiąc, że później będzie żałować. W tamtej chwili nie czułam już wcale chłodu, który przyniosła wilgoć z mojego ubrania. Widziałam tylko tę dawną rezydencję jaśniepańską, do której nie musiałam się skradać. To było wspaniałe uczucie: tak na luzie zbierać materiały na bloga, spacerując wokół i przyglądając się detalom. Niestety, pałac nie znajduje się w najlepszej kondycji. Jest trochę odrapany i widać, że nie prowadzi się tam żadnych zaawansowanych prac restauracyjnych. Mieszkają tam jednak ludzie, więc dach na pewno nie przecieka, a to już duży plus.

Jednak na tyłach zabytku czekało na mnie rozczarowanie. Widać, że wyjście ogrodowe z dawnej rezydencji zostało mocno przebudowane, co nie wygląda dobrze. Skrzywiłam się na ten widok i poczułam, jak zabolało mnie serce. Pomyślałam wtedy: „Taki piękny obiekt, a tak paskudnie oszpecony…”. Nie wiem jak mogło do tego dojść i kto wyraził na to zgodę, ale takie są fakty.
Gustav von Johnston – pan na Bliżu i Sadowicach
W tym przypadku udało mi się ustalić znacznie więcej na temat dawnego właściciela tego cudeńka, zanim koniec II wojny światowej całkowicie przeistoczył jego losy. Pan Gustav von Johnston urodził się 23 grudnia 1869 roku we Wrocławiu, a odszedł z tego świata 2 lutego 1933 roku w swoim majątku w Sadowicach. Jego rodzicami byli Mortimer i Paulina (z domu Kramsta) von Johnston. Gustav był człowiekiem niezwykle dobrze wykształconym – studiował prawo w Bonn, gdzie w 1891 roku wstąpił do korporacji Corps Borussia Bonn. Później służył w pułku kirasjerów, dochodząc do stopnia majora, a z czasem zaczął pełnić prestiżową funkcję królewskiego szambelana.
Ożenił się z panią Elżbietą von Kalckreuth, z którą doczekał się dwóch córek i czterech synów. Rodzina Johnstonów należała przed wojną do grona śląskich milionerów. Posiadali oni liczne majątki skupione wokół Wrocławia, w tym również Bliż, który przeszedł w ich ręce w latach 90. XIX wieku i pozostał własnością familii aż do 1945 roku. Rezydencja w Bliżu powstała na przełomie XIX i XX wieku, czyli właśnie za czasów gospodarowania tej rodziny.
Najwięcej szczegółów z codziennego życia Gustava zachowało się jednak z Sadowic, gdzie rezydował najchętniej. Jego żona, Elżbieta, została obdarzona pięknym głosem – śpiewała mezzosopranem na rodzinnych uroczystościach. Nigdy jednak nie wystąpiła publicznie, ponieważ mąż nie chciał, by jej talent był oceniany na łamach prasy. Sam Gustav zresztą nie należał do wielkich fanów muzyki. Zdecydowanie bardziej wolał polowania oraz spotkania z dawnymi towarzyszami broni. Na tarasie od strony ogrodu panowie chętnie raczyli się wtedy truskawkowym ponczem i świeżymi rakami. Niezmienną miłością właściciela majątku pozostawały konie – sam jeździł znakomicie i z pasją uczył tego swoje dzieci. Był przy tym wymagającym ojcem, ponieważ sam przeszedł surowe wychowanie i ponad wszystko cenił dyscyplinę.
W najlepszych latach życia regularnie organizował wielkie polowania. Podczas jednego z nich potrafiło paść nawet tysiąc bażantów i drugie tyle zajęcy! Swój osobisty rekord Gustav pobił jednak u zięcia w Morawie, gdzie jednego dnia upolował aż 317 sztuk zwierzyny. Zimą rodzina regularnie przenosiła się do swojej wrocławskiej willi przy dzisiejszej ulicy Powstańców Śląskich. Termin tej przeprowadzki zawsze wyznaczało ostatnie w roku polowanie na zające, które odbywało się 15 stycznia. Co ciekawe, nawet za swoim miejskim domem Johnstonowie wybudowali stajnie, dzięki czemu pan Gustav mógł codziennie trenować konie.
I to w zasadzie wszystko, co na podstawie dostępnych źródeł możemy dziś powiedzieć o przedwojennym gospodarzu Bliża. Gustav von Johnston był podręcznikowym przykładem dawnego śląskiego ziemianina z przełomu wieków: dumnym oficerem, właścicielem kilku majątków, zapalonym myśliwym i doskonałym jeźdźcem. To właśnie w czasach jego świetności narodziła się piękna rezydencja w Bliżu, na którą patrzymy dzisiaj…
Przejechaliście z nami wiele kilometrów i zwiedziliście cudne dolnośląskie pałace, a przy okazji poznaliście ich niezwykłe historie. W tym miejscu muszę jednak postawić kropkę i zakończyć dzisiejszą relację. Ta droga była naprawdę długa i mocno dała nam w kość. Do domu dotarłyśmy bardzo późno w nocy, zmierzając przed siebie w całkowitych ciemnościach i walcząc z ogromnym zmęczeniem. Choć pogoda nas nie rozpieszczała to z ręką na sercu mogę powiedzieć, że był naprawdę piękny dzień. Dla takich widoków i opowieści warto było! Dziękuję, że byliście tu z nami, i do zobaczenia na kolejnym szlaku!
Źródła:
- [1] Deutsche Biographie (Neue Deutsche Biographie) – Oficjalny niemiecki wpis biograficzny dla rodziny Hanniwald von Eckersdorf. Sekcja Genealogie potwierdza status Szymona (ojca), rok nadania szlachectwa (1569), datę śmierci (1599) oraz jego dobra (Rothsürben/Żórawina, Pilsnitz/Pilczyce).
Źródło: https://www.deutsche-biographie.de/gnd136952542.html#ndbcontent - [2] Narodowy Instytut Dziedzictwa (Portal Zabytek.pl) – Oficjalny rejestr zabytków (nr rej. A/3828/1806). Karta obiektu jednoznacznie dokumentuje powstanie dworu nawodnego pod koniec XVI w. dla Simona von Haniwaldta, pożar w 1739 r., ocalałe relikty renesansowe (piwnice, sień), barokowy portal z datą 1744 oraz późniejszą klasycystyczną oficynę.
Źródło online: zabytek.pl/pl/obiekty/sadkow-palac. - [3] Polskie Zabytki (Katalog Zamków, Pałaców i Dworów w Polsce) – Baza dokumentacji historycznej potwierdzająca datę wzniesienia pierwszego dworu po 1594 roku przez Szymona.
Źródło online: polskiezabytki.pl/m/obiekt/326/Sadkow/. - [4] Szlaki PTTK Dolnego Śląska – Regionalny portal krajoznawczy potwierdzający pierwotną strukturę obronną dworu nawodnego i odporność na zniszczenia z okresu wojny trzydziestoletniej.
Źródło online: dolnoslaskie.szlaki.pttk.pl/1550-dolnoslaskie-sadkow-palac. - [5] Pałace Śląska – Monografia historyczna majątku dokumentująca przejęcie dóbr przez ród von Rothkirch w 1714 roku, barokową odbudowę pod okiem Hioba Heinricha, klasycystyczne i neobarokowe przekształcenia oraz założenie parku.
Źródło online: palaceslaska.pl/index.php/indeks-alfabetyczny/s/1282-sadkow. - [6] Na Szlaku – Internetowy katalog obiektów zabytkowych potwierdzający datę pożaru renesansowej rezydencji w 1739 roku.
Źródło online: naszlaku.com. - Zamki lubuskie – https://zamkilubuskie.pl/krolikowice-krolkwitz/
- Polska org. Tłumaczenie z oryginału Schlesische Provinzialblätter 1796/33, 1810/52/8, 9 – https://polska-org.pl/8206416,Morderstwo_w_palacu_w_Krolikowicach.html
- Kobierzycki Ośrodek Kultury „Królikowice. O pałacowej zbrodni i filantropach”, tekst i zdjęcia Marta Miniewicz; https://kultura-kobierzyce.pl/tablice/krolikowice/
- Lokalne i regionalne opracowania historyczne oraz spisy dóbr z końca XIX wieku (m.in. cyfrowe wydania Schlesisches Güter-Adreßbuch na Śląskiej Bibliotece Cyfrowej lub alternatywne archiwum Schlesisches Güter-Adreßbuch na Dolnośląskiej Bibliotece Cyfrowej) potwierdzają, że majątek ten stanowił własność Ernesta, Georga i Salo Hirschel.
- Pałac w Sadowicach – obrazki z życia przedwojennych milionerów: https://www.powiatwroclawski.pl/aktualnosci/palac-w-sadowicach-obrazki-z-zycia-przedwojennych-milionerow.html


































