Pałac Targoszyn. Piknik majówkowy w parku dworskim
To była magiczna majówka! Pełna słońca, wiatru we włosach i sielankowej ciszy na szlaku. Kiedy wspominam tamten dzień, robi mi się ciepło na sercu, zwłaszcza, że opisuję go w środku zimy. Wyruszyłam w tę drogę z Lonkiem. To był nasz pierwszy wspólny i tak długi wyjazd rowerowy. Wybrałam dla nas piękny cel: pałac w Targoszynie. Obiekt niemal nieznany w wielkim świecie. Piękny, dostępny i tajemniczy. Dawna rezydencja Richthofenów z historią, że klękajcie narody! Kto ma uszy, niechaj słucha…
Zacznę od nazwy tej dolnośląskiej miejscowości, ponieważ warta jest ona uwagi. Targoszyn po niemiecku to Bersdorf. Mówi się, że jest bardzo prawdopodobne, że miano to pochodzi od słowa Bär, co tłumaczy się jako niedźwiedź. Idąc tym torem można dojść do wniosku, że najpierwsze jej brzmienie to Bär Dorf, czyli dosłownie Niedźwiedzia Wieś. Niestety nie udało mi się dotrzeć do żadnych dokumentów, w których opisano by genezę tej nazwy, jednak sądzę, że nie trudno się jej domyślić. W moim pojęciu wszystkiemu winne są owe ogromne drapieżniki, które ongiś najwyraźniej zamieszkiwały te tereny. Targoszyn jest stary. Pierwszy raz wspomniano o nim na piśmie w roku 1335, ale z całą pewnością sioło to zostało założone znacznie wcześniej, zapewne przez niemieckich kolonistów, biorąc pod uwage pierwszą jego germańsko brzmiącą nazwę.
Jest jednak druga, alternatywna wersja dotycząca tego zagadnienia. Historycy dopuszczają, że również prawdopodobne jest, że nazwa tej miejscowości wzięła się od jej założyciela o imieniu Berold, czyli Światły Władca. Takie rzeczy się zdarzały i to bardzo często, że założyciel nowej osady nadawał jej swoje imię, przez co przechodził do historii. Natomiast jeżeli chodzi o najnowszą wersję Targoszyna, to nikt nie wie dlaczego wieś ta została po roku 1945 tak nazwana. Ciekawostką jest to, że miejscowość ta na samym początku swojego istnienia znajdowała się dokładnie w tym miejscu, gdzie później założono park dworski z rezydencją. Z czasem została ona przesunięta na północ od tego terenu przez wzgląd na spustoszenia, które przyniosły tam zawirowania dziejowe i rozrastała się otaczając dawną lokalizację.
Targoszyn i jego pałac najbardziej kojarzy się z rodziną von Richthofenów. Pierwszy z nich, Karol Ludwik osiadł tam pod koniec XVIII stulecia. Richthofenowie w tym czasie mocno już rozgościli się w tej okolicy i budowali swoje pałace w Udaninie, Mierczycach, Bartoszowku, Snowidzy, Goczałkowie Górnym i w wielu innych.
Jeżeli wśród naszych Czytelników znajdują się jeszcze tacy, którzy nie wiedzą o naszej najnowszej książce, to korzystam z okazji i podaję tę informację. „Mroczne tajemnice Wrocławia” czekają na Was w naszych internetowym kramie.
Książka „Mroczne tajemnice Wrocławia”
PREMIERA! Wysyłka 12.11.2025! Kurier lub Paczkomat – tylko 10 zł! (na terenie Polski)
Majówka
Ja od zawsze prawdziwie zakochana jestem w maju. Ten ciepły i kwiecisty miesiąc odurza mnie i sprawia, że czuję się tak, jakbym miała skrzydła u ramion. W maju wszystko dla mnie jest możliwe! Mam wtedy ogrom energii i wielkie pragnienie aby ją spożytkować. Kiedy zbliża się ten cudny czas, jestem gotowa na nowe wyzwania. Mieliśmy takich majówek aż siedemnaście z Frutkiem, a dla Lonka to była nasza pierwsza. Planowałam ją długo i liczyłam, że wszystko pięknie się nam ułoży. I tak się stało rzeczywiście, a nawet bardziej. Bez kitu!
Pogoda nam dopisywała. Temperatura rozpieszczała. Na bagażniku znajdował się prowiant na cały dzień i dla mnie i dla mojego psa. Rower miałam nowiusieńki i sprawny. Maszyna prowadziła się jak marzenie. Lonek w koszu siedział na miękkiej poduszce, tak ja wcześniej Frutek. Dla niego podróżowanie w transporterze na kierownicy to chyba nowość. Nie mam pewności, bo jego przeszłość jest dla mnie tajemnicą. Wiem jednak na pewno, że mu się to podoba, ponieważ zawsze z wielkim zainteresowaniem obserwuje mijany krajobraz. Najgorzej jest, kiedy wypatrzy w polu kota polującego na myszy. Wówczas muszę mocno trzymać kierownicę, aby uniknąć wywrócenia. Często na szlaku robimy postoje, aby piesek mógł rozprostować łapki i załatwić swoje psie sprawy, a kiedy trafia się ku temu okazja, pozwalam mu maszerować kilometr, dwa, trzy i nawet pięć, a ja wtedy prowadzę rower. Byliśmy oboje bardzo szczęśliwi tamtego słonecznego dnia. Wyruszyliśmy w drogę bardzo wcześnie, a do domu ściągnęliśmy po zachodzie słońca…
Dla mnie wielką radością jest możliwość wędrowania z psem. Nie boję się takiej przygody. Wiele razy znajdowałam się na bezludnym szlaku tylko z Frutkiem. Przemierzaliśmy długie odcinki polnych ścieżek albo leśnych dróżek, biwakowaliśmy na miedzach i często przez wiele godzin nie widzieliśmy człowieka, celowo unikając ludzkich siedzib. Teraz, kiedy on odszedł za Tęczowy Most, kurna co nie, jego rolę wiernego towarzysza rowerowych i pieszych wojaży przejął Lonek. I chłopak naprawdę daje radę!
Książka „Frutkowskiego rozmowy, kurna, co nie?”
Wysyłka w 24 godziny!
Koszt dostawy do automatu paczkowego lub kurierem: 10 zł!
Dębki na horyzoncie
Naszym celem był Tagroszyn. Niezmiernie mnie to rajcowało, gdyż nie byłam tam nigdy wcześniej. Tamtejszy teren jest dojść mocno pofalowany i sporo tam pagórków do pokonania. Moja maszyna to nie terenówka, tylko rower miejski, więc stanowi to pewne utrudnienie, dlatego właśnie tak rzadko wyruszam na dwóch kołkach w te okolice z moją Ines. Ona unika podobnych wyzwań i zdecydowanie woli trasy mniej wysiłkowe. Dla mnie jednak te podstrzegomskie miejscowości to często jeszcze terra incognita, dlatego mnie tam ciągnie pomimo tego, że lekko nie jest.
Wyruszając do Targoszyna dobrze wiedziałam na co się porywam, zwłaszcza z takim obciążeniem. Lonek bowiem przyjechał do mnie ze schroniska jako pięciokilogramowa „miniaturka”, a po kilku miesiącach ważył już osiem i pół kilo, przez co zniknęły z widoku jego wystające żebra, a sierść zaczęła lśnić niczym nowiusieńki piątak. Psiak nadrobił zaległości i nabrał masy. Nie mogłam mieć do niego o to pretensji i czuć się rozczarowana, że zaś muszę włóczyć się po polach z takim ciężarem.
Frutek pod koniec życia ważył podobnie, bo zżerał go nowotwór, ale w szczytowej formie za młodu dochodził nawet do 12 kilogramów! I to się naprawdę czuło podczas wędrówek. Kiedy zaprosiłam Lonka do swojego życia, myślałam: teraz na szlaku z takim małym psem w ogóle nie odczuję obciążenia! Ale stało się inaczej, bo mój przyjaciel przytył do swojej normalnej wagi, o którą nikt go nie podejrzewał. Bardzo mu w tym pomogłam, dogadzając przy posiłkach. Od samego początku zajadał najlepsze gotowane mięsa i ryby, a na deser wcinał owoce i jogurty. Nie żałowałam mu też suplementów. Doprowadziłam go do ładu, ale nie ma nic za nic. Nie szkodzi. Kocham go takiego jakim jest i uwielbiam trudzić się z nim na szlaku. Dajemy radę!
Zanim dotarliśmy do Targoszyna, wędrowaliśmy cudnymi drogami gruntowymi. Ze Środy Śląskiej było to jakieś 35 kilometrów w jedną stronę. Dopiero od Łagiewnik Średzkich zaczęło robić się bardziej cicho i dziko, a w Konarach zamiast asfaltu wybrałam szutrową trasę, skąd widać było Dębki, osadę, w której mieszka zaledwie kilka osób. Stamtąd do Targoszyna to już rzut beretem.
Dziś rzeczone Dębki to prawdziwy kraniec dolnośląskiego świata, gdzie naprawdę nic się nie dzieje. Jednak nie zawsze tak było, gdyż ten dawny przysiółek pobliskich Konarów na samym początku dwudziestego wieku tętnił życiem. Działo się to za sprawą rządzących tam wówczach Richthofenów, którzy otworzyli w Dębkach (zwanych wtedy po niemiecku Eichberg, co tłumaczy się Dębowa Góra) ośrodek wypoczynkowy Związku Ewangelickich Dziewcząt. W Dębkach istniał w tamtym czasie piękny dworek, pełniący rolę domu wypczynkowego, a przy nim cudny park, który otoczony był murowanym ogrodzeniem. Któregoś lata pojechałyśmy do tego miejsca z Ines i z Frutkiem, żeby zrobić lustrację terenu, ale wróciłam stamtąd z rozczarowniem, bo nie ma już śladu po tej historii.
Pałac Targoszyn
Wprost z gruntowej drogi, którą otaczały malownicze wzgórza, musiałam skręcić do mrocznego i gęstego lasu. To było totalne pustkowie i włos jeżył mi się na głowie. Byłam tam sama z moim małym psem. Jechałam po asfalcie tak dziurawym, że ciężko było mi uwierzyć, że takie drogi jeszcze istnieją. Przyznaję, że w takich okolicznościach starałam się jak najszybciej pokonać ten odcinek trasy. Nie przepadam za zadrzewieniem, gdy tak wędruję. Zdecydowanie wolę przejrzysty teren. Nie miałam jednak w tamtej chwili wyjścia, poza tym, aby zawrócić, a tego nie planowałam wcale.
Ten kawałek szlaku prowadził wprost do dawnego majątku von Richthofenów, gdzie znajdował się mój cel: rezydencja jak z bajki, której nigdy wcześniej na żywo nie widziałam. Byłam bardzo podekscytowana i serce biło mi jak szalone!
Kiedy zjawiłam się wreszcie w Targoszynie i przejechałam kilka zakrętów, znalazłam się przy bramie folwarcznej i zobaczyłam, że za nią trwają jakieś prace. Słyszałam turkot uruchomionego ciągnika i odgłosy rozmów. Pomyślałam wtedy, że może tak się stać, że nie będzie mi dane dotrzeć do celu. Nie miałam pojęcia do kogo należy zabytek, który mnie interesował. Może był w rękach prywatnych i całkiem niedostępny? To było możliwe. Jednak pomimo obaw zdecydowałam się iść w jego stronę dopóki nikt mnie nie zatrzyma. I stało się tak, że przekroczyłam bramę wjazdową.
Znalazłam się w cieniu leciwych drzew. Kroczyłam ścieżką prowadzącą wprost do pałacu. Wokół nie było żywej duszy. Słyszałam śpiewy ptaków i pszczoły. W powietrzu unosił się upał. Byłam tym wszystkim totalnie odurzona! Zatrzymałam się i wypuściłam z kosza psa. Od tej chwwili szliśmy obok siebie wąską dróżką, szukając dobrego miejsca na zaparkowanie rowera. W planie miałam piknik majówkowy i wiedziałam, że będzie pięknie, ale nie sądziłam, że aż tak!
Dzieje tego obiektu nie są zbyt długie, gdyż wzniesiony on został w roku 1897. Rezydencję zaprojektował niejaki Beck na polecenie właściciela tego majątku, pana Manfreda von Richthofen i jego żony, pani Luizy. Pałac powstał w stylu neorenesansowym i neobarokowym z odrobiną rokoka. Dziś najwięcej o jego przeszłości czytać możemy z zewnątrz, bo dworskie pokoje po zakończeniu II wojny światowej zmieniły wygląd, gdy wykorzystywane były jako biura PGR-u i mieszkania dla jego pracowników. Ocalał w nich jedynie jeden piec kaflowy niezwykłej urody. Niestety zabytek jest zamknięty i niedostępny, za to po dawnym parku dworskim można spacerować do woli.
Piknik majówkowy w parku dworskim
To było samo południe. Słońce konkretnie dokazywało i szukaliśmy z Lonkiem cienia. Znaleźliśmy go na tyłach pałacu. Znajduje się tam ogrodzona łąka. Skojarzyło mi się to z padokiem dla koni. O barierkę oparłam swoją maszynę i zaczęłam rozkładać się obozem na trawie. Nie potrzebowałam koca, gdyż grunt był już nagrzany, a trawa wysoka i miękka. Oboje z Lonkiem zabezpieczeni byliśmy przed kleszczami, więc spokojnie mogliśmy położyć się na ziemi. Miałam ze sobą smakołyki. Treściwe, przeznaczone do naładowania życiowych baterii i takie tylko dla przyjemności podniebienia: czekolada z orzechami, owoce i smaczki dla psa. To krzątanie się w naszym mini obozie bardzo go zajmowało. Obserwował wszystko co robiłam z wielkim zainteresowaniem. Cieszyło mnie to, gdyż moim celem jest aby Lonek zaskoczył, że wyprawy rowerowe to super rzecz. Nowe miejsca, nowe zapachy i nowe smaki.
Po chwili zasiedliśmy do posiłku. To magiczna chwila, którą przeżywaliśmy w ciszy. Konieczne było aby po kilku godzinach jazdy rowerem zregenerować ciało. Planowałam też wylegiwanie się na trawie, ale nie mogłam wytrzymać i przełożyłam to na potem, bo najpierw chciałam obejrzeć pałac ze wszystkich stron i zrobić zdjęcia.
Pałac Targoszyn i jego dzieje
Warto wiedzieć, że istniejący do dziś pałac Targoszyn jest drugą rezydencją von Richthofenów w tej miejscowości, gdyż pierwszą strawił ogień. Osobiście uważam, że to cud, iż fotografowany przeze mnie obiekt przetrwał wizytę wojska radzieckiego w tej miejscowości w 1945 roku.
Czerwonoarmiści przynieśli ze sobą do Trgoszyna gwałty, rabunki i zniszczenie, ale dom jaśniepanów jakimś cudem ocalał. Żołnierze radzieccy plądrowali wszystkie domy, gospody i sklepy, szukając w nich głównie alkoholu ale też żywności i niekoniecznie tylko młodych kobiet. Podczas tych działań płonęły zabudowania, pośród których znalazła się również plebania.
Pałac von Richthofenów został wówczas całkowicie ogołocony ze swojego wyposażenia. Tuż przed wkroczeniem wojska, pani Luiza, baronowa von Richthofen przeprowadziła się do oficyny dworskiej, gdzie mieszkała służba. Oczywiście Rosjanie znaleźli ją tam, ale nie uczynili jej krzywdy fizycznej. Najpewniej dlatego, że była ona już w bardzo podeszłym wieku, więc dla nich nieatrakcyjna. Co innego jedna z jej służących, piękna ponoć trzydziestolatka, którą zgwałcono okrutnie na oczach jej pani. Podobny los spotkał wtedy wiele innych ładnych i młodych kobiet we wsi. Wśród tej zawieruchy ginęli również ludzie. Ci najprędzej, którzy odważyli się bronić swoich kobiet i dobytku. Taki los zgotował im ich führer Adolf Hitler.
Złote kolczyki Baronowej Luizy
Po tym straszliwym wydarzeniu, którego pani Luiza była świadkiem, baronowa przeniosła się z mieszkania w oficynie do jednego z domów w Targoszynie. Kategorycznie odmawiała wysiedlenia, pomimo, że nie mieszkała już w pałacu. Głośno mówiła o tym, że nie opuści swojego majątku aż do chwili swej śmierci. I jak postanowiła, tak się stało. Według zachowanych wspomnień mieszkańców tej miejowości z tego okresu, jaśniepani nie była specjalnie mocno nakłaniana do wyjazdu z Polski. Siwowłosa staruszka ubierała się w elegancki czarny kostium i lubiła spacerować po wsi z laską, którą się podpierała. Zawsze towarzyszył jej mały piesek. W Targoszynie mieszkał wówczas jeszcze woźnica Stranger, posiadający bryczkę i konia. Często zabierał baronową na przejażdżkę po okolicy. Resztka ludności niemieckiej, która jeszcze nie została wysiedlona, darzyła wielkim szacunkiem panią Luizę, i co najdziwniejsze, udzielało się to również czerwonoarmistom, którzy zajmowali wówczas pokoje w rezydencji Richthofenów. Jeżeli chodzi o polską ludność, co to napłynęła w te okolice po wojnie i osiadła w Targoszynie, to jaśniepani stanowiła dla nich ciekawostkę jedynie. W każdym razie nikt nie dokuczał staruszce w tych trudnych dla niej chwilach.
Odeszła z tego świata w 1947 roku mając 81 lat. Ludzie we wsi (oczywiście Niemcy) płakali, a rozpacz ta najwyraźniej rozczuliła nawet radzieckich żołnierzy, gdyż pozwolili oni na to, aby zmarłą przed pogrzebem wystawić w trumnie w holu pałacowym. Nie było jednak aż tak pięknie i bezinteresownie jak mogłoby się wydawać, bo kiedy jaśniepani leżała martwa wśród świec, podobno zjawił się tam kot, który potrącił jedną z nich powodując mały pożar. Spłonąć wówczas miały włosy pani Luizy i… zginęły jej złote kolczyki. O kradzież posądzono Rosjan, ale któż to wie, jak to było naprawdę. Po tych wydarzeniach baronowa została pochowana na terenie targoszyńskiej nekropolii przy kościele. Spoczęła obok swojego męża, pana Manfreda.
Odurzeni majem…
…byliśmy oboje z Lonkiem. Po sesji zdjęciowej i dokładnej lustracji terenu dworskiego, poczułam nieodpartą chęć klapnięcia sobie na zielonej trawie. Mój mały piesek też o tym marzył. Widziałam to w jego oczach. Powieki zaczynały mu ciążyć nawet kiedy siedział i chodził. Jednak nie odstępował mnie na krok. Pilnował swojej Madki, żebym mu nie zniknęła z pola widzenia.
Na świecie zrobiło się naprawdę gorąco. Wróciliśmy więc do naszego małego obozu przy łące i położyliśmy się na seledynowej trawie. Otuliła nas cisza, którą przerywały jedynie ptasie trele i błogie wzdychanie mojego psijaciela. Lekki, ciepły wiatr muskał mnie po twarzy. Poczułam niewyobrażalny wręcz spokój w duszy. Takie totalne wyciszenie i reset. Oglądałam niebo i przyglądałam się białym obłokom. Otaczały mnie zapachy roślin i słyszałam brzęczenie pszczół. W pewnym momencie Lonek gwałtownie się podniósł. Pomyślałam, że coś usłyszał i chciał to sprawdzić. I tak chyba było, ponieważ wstał i oddalił się ode mnie solo. Nie broniłam, bo ufałam mu.
Poszedł sobie w busz parkowej łąki i obwąchał teren, a potem wrócił do mnie i położył się na drzemkę. Widać było, że i jemu udziela się ten majowy czar. Swój mały łepek ułożył w cieniu, a resztę ciałka wystawił na słońce, żeby się wygrzać. Odpoczywał przed drogą.
Komu w drogę, temu czas
Było w tym miejscu wszystko, o czym mogłam marzyć, planując majówkę. Znajdowałam się w samym środku przygody według Nieustannego Wędrowania. Ponad wszystko kocham wyprawy rowerowe w nieznane, ale po śmierci Frutka długo nie mogłam sobie o tym przypomnieć. Więc tym bardziej wdzięczna byłam tamtego dnia za to poczucie ulgi w żałobie. Za te chwile bez łez i żalu. Celowo wybrałam taki cel tej wyprawy, bo nigdy tam z Frutkiem nie byłam. Bardzo kocham mojego zmarłego Przyjaciela, ale muszę pozwolić mu czasami wymknąć się z mojej głowy, żebym mogła zając się Lonkiem.
W cieniu tych wspaniałych i starych parkowych drzew spędziliśmy dwie godziny, wylegując się w trawie, aż nagle w tej cichej dotąd enklawie zieleni zaczęli pojawiać się ludzie. To był czas po obiedzie, a więc zapewne przyszli tam aby pospacerować. Lonek dostał korby i zaczął na nich szczekać, biorąc na siebie odpowiedzialność za obronę naszego obozu. Zaczęłam się pakować, mówiąc do siebie na głos: komu w drogę temu czas.
Ławeczka z aniołem
Postanowiłam nie wracać tą samą drogą, żeby nie było nudno. Nigdy tego nie robię, chyba że nie ma innego wyjścia. Bywałam już w tej okolicy, ale zdecydowanie za mało i za rzadko, dlatego nie znam zbyt dobrze tamtych terenów i skrótow. Kierowałam się z Targoszyna na Goczaków, ale minęłam go bokiem. Najpierw moim celem był Goczałków Górny, gdzie również znajduje się pałac Richthofenów (ale to już wiecie z innego mojego wpisu na tym blogu) a potem do Bartoszówka, gdzie też mieli oni wystawną rezydencję. W Goczałkowie Górnym zapytałam o drogę pewną miłą panią. W jej ogrodzie odbywało się przyjęcie komunijne, ale nie przeszkodziło jej to podejśc do ogrodzenia i poinformować mnie, jak najszybcie dostać się do Bartoszówka omijając drogę asfaltową. W ten sposób trafiłam na ten przepiękiny, gruntowy i bezludny szlak, gdzie przez kilka kilomertow Lonek wędrował pieszo i ja też, bo prowadziłam rower z prawdziwą przyjemnością.
Z każdej strony otaczały nas cudne pagórki z kolorowymi uprawami. Nasza droga była zacieniona, a więc wędrowka stała się niezwykle przyjemna. To prawdziwy raj na ziemi, te dawne majątki Richthofenów. Nie dziwię się, że się tu osiedlili. Maszerowaliśmy beztrosko i wcale nie zważałam na upływający czas. Miałam go dużo, bo to przecież długi weekend. Lonek posiadał go jeszcze więcej, bo on całkiem jest bezrobotny. Liczyłam się z tym, że może trzeba będzie zjechać do domu już po zmroku, ale przecież to nie pierwszy raz, więc się nie przejmowałam. Najważniejsze, że byliśmy szczęśliwi.
W pewnym momencie zauważyłam coś dziwnego pod jednym ze starych, przydrożnych drzew. Stała tam ławka! W środku bezkresnych pól. Dziwna rzecz i niespotykana. Oparłam rower o leciwego klona i przyjrzałam się temu miejscu. Na drzewie wisiała podobizna aniola. Po chwili usiadłam tam z butelką wody, a Lonek wskoczył na ławeczkę i rozsiadł się tuż obok mnie, układając łepek na moich kolanach. Trwaliśmy tam w bezruchu z kwadrans, a anioł z drzewa bacznie nam się przyglądał.
Bartoszówek
O ile zasięgnęłam nieco wiedzy o pałacu w Targoszynie przed wyruszeniem w tę podróż, to o Bartoszówku nie wiedziałam absolutnie nic. Wybrałam ten kierunek powrotu do domu tylko dlatego, że nie lubię nudy na szlaku. Przybyliśmy tam z Lonkiem już grupo po południu i zastaliśmy taki widok… Przyznaję, że powalił mnie on na kolana!
Wieża ta jest jedynym elementem, który ocalał z dawnego pałacu Richthofenów w tej miejscowości. Obiekt ten pochodzi z samego początku ubiegłego stulecia. Może teraz wydaje się to niemożliwe, ale faktem jest, że rezydencja ta przetrwała II wojnę światową w stanie idealnym, dlatego została wykorzystana przez Państwowe Gospodarstwo Rolne, gdzie zorganizowano jego siedzibę. Okoliczności te miały swoje dobre i złe strony. Pierwsze z nich sprawiły, że chociaż ta wieża ocalała do naszych czasów. O złych chyba nie trzeba się rozpisywać.
Pałac w Bartoszówku nie znajdował się wówczas na liście zabytków. Nie szanowano go w najmniejszym nawet stopniu głównie dlatego, że dawniej był domem bardzo bogatych Niemców. Od samego początku więc go zaniedbywano, a kiedy w latach 60 XX stulecia przestał pełnić rolę siedziby PGR-u, opuszczono go i wtedy zaczął się jego armagedon. Pastwiono się nad tym obiektem okrutnie. Dewastowano go bezkarnie aż w końcu niemal całkiem rozebrano. To, co po nim zostało nadal jest piękne, a przecież to tylko okruch świetności tego miejsca…
Ocalona wieża w Bartoszówku
Przy wieży pałacowej ongiś założono park dworski w angielskikm stylu, który teraz jest prawdziwą dżunglą dolnośląską z zaniedbanym oczkiem wodnym. Nieistniejąca dawna rezydencja posiadała cztery skrzydła, które otaczały wewnętrzy dziedziniec. Pierwszym panem od Richthofenów na dobrach w Bartoszówku w połowie XVIII wieku był Samuel Prätorius, jednak w póżniejszym czasie majątek ten stał się właśnością innych jaśniepanów. Nie trawało to jednak długo, ponieważ po jakimś czasie Richthofenowie powrócili do tej miejscowości i rządzili w niej po swojemu aż do końca II wojny światowej.
W roku 1845 w Bartoszówku urządził się pan Ulrich Karl Prätorius von Richthofen, który to był ojcem Manfreda, właściciela pobliskiego Targoszyna, męża pani Luizy.
Warto wiedzieć, że Bartoszówek ma bardzo leciwą metrykę. Mówi się, że osada ta powstała w środku wielkiego lasu na samym początku XIV stulecia. Założył ją rycerz o imieniu Barcian. Wyobrażam sobie, że ten dawny park dworski to relikt wspomnianego boru. Rozsiedliśmy się przy tej wieży pałacowwej z Lonkiem i chłonęliśmy tę historię. Była cudna wiosna i ptaki gnieżdżące się w koronach starych drzew dokazywały na całego. Rosło tam mnóstwo małych, białych kwiatów. Ten piękny dywan ogarniał park jak okiem sięgnąć. To miejsce jest magiczne, a jego energia dodała mi sił w tej drodze.
Warto wiedzieć, że napisaliśmy książkę o takich cudnych, bajecznych majątkach, która cały czas jeszcze jest dostępna w naszym internetowym sklepie (choć zostało nam już niewiele egzemplarzy).
Książka „O rycerzach, śmiertelnych intrygach i bajecznych majątkach”
WYSYŁKA TYLKO 10 zł: Kurier, Paczkomat (cena na terenie Polski). Aktualny czas wysyłki: wysyłamy w 24h!
48 w magazynie
Udanin i kolejny pałac Richthofenów
O dworze Richthofenów w Udaninie również sporo napisałam na tym blogu, a więc nie będę się teraz powtarzać, tylko zaproszę Was tutaj: Udanin. A miało być tak pięknie… Klikajcie śmiało, jeżeli zainteresowały Was dzieje tej familii i ich majątki. Wszędzie tam, gdzie trafiam na ślady po ich życiu na dolnośląskiej ziemi, naprawdę bardzo mi się podoba.
To był bardzo długi dzień, pełen przygód z historią i zabytkami. Pogoda nam dopisywała, a więc oboje z Lonkiem bardzo byliśmy zadowoleni z majówki. Ten mały piesek przyjechał do mnie z Opola i teraz wszysko co widzi jest dla niego całkowicie nowe, pierwsze i fascnujące. Jest dobrym towarzyszem podroży, choć dopiero zaczyna uczyć się takiej drogi, gdzie wszystko co się dzieje, miejsce ma pod gołym niebem. Do domu wracaliśmy już po zachodzie słońca.
Te tereny pomiędzy Jaworem a Strzegomiem cały czas jeszcze potrafią mnie zaskoczyć. Ines nie przepada za tą okolicą, ponieważ ziemia tam już konkretnie faluje i podróż rowerem jest bardziej wymagająca, ale ja nie potrafię się zniechęcić i wyruszam w tym kierunku bez niej. Cały mój trud rekompensują mi osiągnięte cele i krajobrazy, bo wiedzieć trzeba, że naprawdę cudna jest to kraina. Z każdej takiej wyprawy przywożę dla Was opowiadnia pełne tajemnic, które możecie czytać na tym blogu, albo w naszych książkach. Polecam gorąco z tego miejsca drugie, rozszerzone wydanie „Mrocznych tajemnic Dolnego Śląska”. Zawarte w niej rozdziały to 100% przygody z Nieustannym Wędrowaniem!
Książka „Mroczne tajemnice Dolnego Śląska” Wydanie drugie (rozszerzone)
WYSYŁKA: Kurier lub Paczkomat – tylko 10 zł! (na terenie Polski)
Wydanie 2, z 3 nowymi rozdziałami!
Źródła: https://media.msciwojow.pl/m/monografia_targoszyna.pdf










































