„Paliwowe Eldorado”. Rzecz o tajemniczych ruinach w Raszówce
Ruiny bazy paliwowej w Raszówce to nigdy niestygnący temat, zwłaszcza dla miłośników urbexu. Nie ma się co temu dziwić, gdyż jest to prawdziwa bomba dziejowa, którą dziś zastajemy całkiem opuszczoną. Jest tam więc wolna amerykanka! Każdy robi, co chce. Jedni zwiedzają, inni bawią się w paintball czy ASG, a kolejni mieszkają tam na dziko. My przybyłyśmy do tego miejsca tylko po fotografie i po historię, i uzbierałyśmy tego więcej, niż mogłyśmy unieść…
Ta niewielka wieś dolnośląska położona jest pomiędzy Legnicą a Lubinem. Tak naprawdę są to dwa sioła, które w całość połączyły ich dzieje. Najsampierw istniały Lipiny, które zostały wchłonięte przez Raszówkę. Niemcy nadali taką nazwę tej miejscowości, ponieważ wokół niej na piaszczystym gruncie krzywo rosły lipy. Na starej niemieckiej mapie tego terenu przy wiosce tej została zapisana nazwa — Krummlinde, co tłumaczy się dosłownie „krzywa lipa”. Natomiast Raszówka, która na samym początku była jedynie przysiółkiem Lipin, zwała się Vorderheide, co oznacza „pod lasem” albo „przed lasem”. Nadano jej taką nazwę bardzo zasadnie, gdyż osadę tę z wszech stron otaczały knieje.
Lipiny i majątek rycerski
Rzeczony wielki las nadal istnieje, a w nim — tajemnicze ruiny bazy paliwowej, które nieustannie rozpalają wyobraźnię amatorów urbexu. Jednak zanim zagłębimy się w ten zajmujący temat, zostańmy jeszcze przez chwilę w historycznych Lipinach, gdzie wybija źródło dziejów tej miejscowości. Znajduje się tam dwór, który wzniesiono na terenie dawnego majątku rycerskiego. Obiekt jest XVIII-wieczny, a oficyny przy nim nieco młodsze, ale już także zabytkowe.
Lipiny są leciwe. Po raz pierwszy na piśmie wspomniano je w roku 1418. Kilkadziesiąt lat później, bo w 1461 w majątku tym rezydował Hans von Axleben gen. Magnus, który zmarł w 1474 r. Jego potomkowie gospodarowali w Lipinach niemal do samego końca XVI stulecia, a po nich zamieszkali tam kolejni jaśniepaństwo — von Falkenhayn. W drugiej połowie XVII wieku ponownie nastąpiła zmiana i w majątku tym rządzili członkowie rodziny von Janowitz. Te procesy nieustannie następowały po sobie i trwało to do roku 1937, kiedy to rezydował tam Fritz Ludwig Proske.
Dawny majątek w Lipinach był cichym miejscem do życia. To, co po nim przetrwało do naszych czasów, zostało w miarę dobrze zabezpieczone. Budynki te jednak są stosunkowo młode, więc możemy jedynie wyobrazić sobie, jak wszystko to wyglądało setki lat temu, zanim one powstały. Obeszłam ten obiekt dookoła, szukając reliktów fortyfikacji, bo z całą pewnością ongiś musiały tu istnieć, ale teraz niestety nie da się już ich namierzyć.
Kiedy na terenie tym zaczęto budować widoczny na fotografiach dwór, a potem budynki gospodarcze i oficyny, pozostałości po wcześniejszym zagospodarowaniu tego obszaru zostały najpewniej całkowicie usunięte, jako już zbędne. Teraz dawna rezydencja jest po prostu czyimś domem.
Ja trafiłam do tego miejsca w sumie całkiem przypadkiem. Byłyśmy wówczas z Ines i Lonkiem w długiej trasie rowerowej, gdzie między innymi naszym celem była baza paliwowa w Raszówce. Najpierw jednak na szlaku prowadzącym do tego miejsca ukazała mi się reprezentacyjna brama wjazdowa, która podobnie jak pałac również została odnowiona.
W takiej sytuacji nie mogłyśmy ominąć tego miejsca obojętnie. Wbiłyśmy się więc na teren dawnego majątku rycerskiego i zrobiłyśmy kilka fotografii. To była niesamowita przygoda z dziejami Lipin i Raszówki.
Raszówka i baza paliwowa
Teraz są to intrygujące ruiny w wielkim lesie za stacją kolejową w Raszówce. Obiekt ten był naprawdę ogromny. Znajdował się na powierzchni kilkudziesięciu ha. Było to dzieło Niemców, którzy stworzyli tam magazyny, w których przechowywali paliwo i części zamienne do samolotów. Mówi się, że w dwunastu zbiornikach w bazie, znajdujących się na powierzchni ziemi mogło zmieścić się aż 60 tysięcy litrów paliwa. Są jednak jeszcze cysterny zakopane ziemi i było ich setki. Magazyny na części do samolotów to również giganty. Kilkupoziomowe, z windami, wyrastające z gruntu i pnące się wysoko ku górze. Na terenie rzeczonej bazy paliwowej znajdowały się również koszary. Mieszkali w nich zwykli żołnierze. Dla oficerów zbudowano lokale w Raszówce.
Dworzec PKP w Raszówce
Żeby dojechać do tych ruin w lesie, trzeba minąć stację kolejową, ale tutaj również warto zatrzymać się na chwilę, gdyż obiekt ten jest bardzo ciekawy.

Dworzec ten został wybudowany w roku 1869 i nazwano go Vorderheide, ponieważ mieścił się niemal w lesie. To on właśnie sprawił, że przy nim zaczął rosnąć przysiółek Lipin o tej samej nazwie, którą dzisiaj zowią Raszówką. Zbudowano tam restaurację i leśniczówkę. Znajdował się na tym obszarze również budynek poczty. Potem zaczęto wznosić tam domy. Na dosłownie chwilę przed wybuchem II wojny światowej do stacji w Raszówce doprowadzono dodatkową bocznicę, aby połączyć z nią bazę paliwową, która oddalona była od dworca o około pół kilometra.
Tyle odległej historii, a teraz trochę bliższej, bo sprzed kilku lat. W czerwcu 2019 roku na dworcu w Raszówce zablokowano tory w zakresie linii kolejowej Legnica-Lubin. Wydarzyło się to w ramach protestu przeciwko temu, że wieś ta została pominięta przez pociągi. Plan ich kursowania nie obejmował zatrzymywania się w Raszówce, co sprawiło, że została ona wykluczona komunikacyjnie. No i ludzie się naprawdę zdenerwowali. Posłuchajcie…
Proszę państwa, ukradziono nam pociąg
W tamte dni planowano świętować w Lubinie z okazji uruchomienia linii kolejowej. W mieście tym został zorganizowany koncert, na który zaproszonych gości wiózł pociąg, przejeżdżający przez Raszówkę. Mieszkańcy tej dolnośląskiej miejscowości byli naprawdę wściekli i nie mieli zamiaru tego ukrywać. Ustawili się na peronie z transparentami, a potem weszli na tory, przez co pociąg, którym podróżowali lokalni politycy, nie mógł jechać dalej. Oszacowano, że w proteście finalnie brało udział aż 200 dusz. Wezwano policję na miejsce akcji. Funkcjonariusze przybyli w kaskach i z bronią długą oraz gazami łzawiącymi i otoczyli protestujących. Zażądano, aby mieszkańcy wsi rozeszli się natychmiast, inaczej zostaną do tego zmuszeni. Zaczęło się spisywanie nazwisk osób biorących w tym udział, a potem doszło do szarpaniny. Zaczęło robić się naprawdę gorąco, jednak na szczęście policja odstąpiła od takiej formy interwencji i ograniczyła się tylko do zabezpieczenia ruchu pojazdów. Mieszkańcy Raszówki ostatecznie dopięli swego, gdyż pociąg VIP-ów odwołano i specjalni goście nie dotarli na koncert.
Co wydarzyło się dalej? Kiedy w Lubinie skończyła się impreza, prezydent miasta Robert Raczyński tak skomentował to wydarzenie:„Niestety mam dwie wiadomości: jedna to jest smutna. Proszę Państwa, ukradziono nam pociąg. Druga: w pociągu były też wszystkie lampy, w związku z tym nie możemy Państwu wspaniałego, pięknego, przedstawienia świetlnego pokazać. Ale mam też dobrą wiadomość: my znajdziemy tego który ukradł go, solidnie wybatożymy i obciążymy go kosztami tego koncertu.”
Niedługo po tym wydarzeniu zmieniono rozkład jazdy pociągów i zaplanowano go tak, aby mieszkańcy Raszówki mogli korzystać z kolei. Według TEGO źródła, biorących udział w proteście nie ukarano, gdyż uznano, że ich sprawa była słuszna. Takie buty!
Baza paliwowa. Raszówka na Dolnym Śląsku w powiecie lubińskim
Dziś to już legenda. Miejsce pełne tajemnic. W lesie znajduje się dukt, który częściowo wyłożony jest betonowymi płytami. Dawniej teren bazy otaczał parkan z drutem kolczastym, teraz go już tam nie ma. Ogólnie wszystko, co mogło przydać się złomiarzom, zostało stamtąd wyniesione. Schody z metalu, umywalki itp. Na obszarze tym dostępne są dziś pozostałości po koszarach, łaźniach wojskowych oraz garażach. Znajduje się tam również wieża obserwacyjna oraz wiata, pod którą prowadzono naprawę pojazdów. Baza skrywa też schrony bojowe. Można zobaczyć zbiorniki na paliwo i wejść do podziemi magazynów, gdyż są one niezabezpieczone.
Wszystko zaczęło się w trzydziestych latach ubiegłego wieku, kiedy to w wielkich kniejach za stacją kolejową w Raszówce Niemcy wybudowali bazę paliwową na potrzeby Wehrmachtu. W ramach tego obiektu znajdowały się również magazyny z częściami zamiennymi do samolotów. Do tych właśnie magazynów została doprowadzona bocznica kolejowa z Raszówki. Magazynowano tam również paliwo w ogromnych ilościach.
Dokładna nazwa tego obiektu to „Magazyn paliw i smarów”
Tak nazywano go, kiedy znajdował się w rękach Rosjan, którzy przejęli bazę w 1945 roku, gdy skończyła się II wojna światowa. W tamtym czasie zaczęła się nieustanna rozbudowa obiektu militarnego, aż osiągnął on kolosalne rozmiary 65 hektarów. Ich rządy na tym terenie trwały do września 1993, kiedy ostatecznie opuścili oni Raszówkę.
Kiedy to się stało, cały ten obszar razem ze wszystkimi zabudowaniami został przejęty przez Urząd Rejonowy w Lubinie. Od tamtej pory zaczęła się jego dewastacja, która trwa do chwili obecnej.
Miejsce to oddalone jest od dworca w Raszówce tylko o 500 metrów, ale kiedy jest się wśród tych ruin i gęstwiny drzew, można odnieść wrażenie, że to prawdziwy kraniec świata. Gdy przybyłyśmy tam latem, będąc na długiej, wakacyjnej, rowerowej wyprawie, zastaliśmy bazę cichą i bezludną. Nikogo oprócz nas tam nie było, bo to nie sobota ani niedziela, tylko zwykły dzień tygodnia. Las dookoła dziki, ruiny w sumie straszne. Takie klimaty mnie prawdziwie fascynują, ale i przerażają, gdyż w podobnych miejscach nietrudno znaleźć się o niewłaściwym czasie i spotkać kogoś o złych zamiarach.
Kiedyś tak nie było, ale odkąd skończyłyśmy z Ines pisać naszą ostatnią książkę „Mroczne tajemnice Wrocławia” częściej obracamy się za siebie, kiedy znajdujemy się w podobnym miejscu. Ta publikacja zmieniła nas obie. Opisywane zbrodnie, które wydarzyły się naprawdę, dały nam do myślenia. Poniżej zostawiam Wam namiary na tę publikację. Polecam do wglądu, bo jest naprawdę dobra.
Książka „Mroczne tajemnice Wrocławia”
PREMIERA! Wysyłka 12.11.2025! Kurier lub Paczkomat – tylko 10 zł! (na terenie Polski)
Biwak na szlaku
Zanim dojechałyśmy do rzeczonej bazy, obiecałyśmy sobie, że urządzimy tam biwak ze śniadaniem. Kiedy pedałuje się od wschodu słońca (bo tak właśnie opuściłyśmy naszą noclegownię) szybko zaczyna burczeć w brzuchu. Do tego zaczynało robić się naprawdę gorąco, a więc leśne ostępy z ich kojącym chłodem były idealne na chwilę wytchnienia na szlaku. Najpierw jednak musiałyśmy zajrzeć wszędzie tam, gdzie tylko był dostęp.


Wędrował z nami Lonek. To była jego pierwsza poważna wyprawa pod sztandarem Nieustannego Wędrowania. Dumnie podróżował z nami w koszu wiklinowym i odważnie eksplorował ruiny bazy paliwowej. Niczego się nie bał, wszędzie śmiało za nami podążał, wchodząc nawet na wysokie piętra. Dzielny jest z niego chłopak.

Lonek pojawił się u nas po śmierci Frutka. Po odejściu naszego Przyjaciela, który wędrował z nami nieustannie przez 17 lat, nasze serca rozpadły się na milion kawałków. Pies odszedł za Tęczowy Most, a my zapadłyśmy się w mroku. Ból ten był wyniszczający. Żałoba nie ustępowała i kiedy wydawało mi się, że już nie potrafię płakać, ponownie wylewałam z siebie morze łez. Wtedy postanowiłyśmy z Ines, że napiszemy książkę o naszym Frutku, żeby stawić czoło rozpaczy, skonfrontować się z nią i przede wszystkim ocalić jego imię od zapomnienia.
To była najtrudniejsza publikacja w naszej karierze. Podczas pisania wylewały się z nas emocje pełne rozpaczy i łez, ale i prawdziwego śmiechu. Takie właśnie są„Futkowskiego rozmowy, kurna, co nie?”. To opowieść o psie celebrycie, który rozbawiał naszych Czytelników swoimi ciętymi ripostami, komentował wszystko, co dzieje się na świecie i wzruszał do łez. Potem w książce tej mowa jest o jego starości i chorobie i ostatecznie odejściu na zawsze. Ostatnia jej część to relacja Frucia z nowego miejsca, do którego dotarł po śmierci. Czyli zza Tęczowego Mostu. Poniżej zostawiam Wam namiary na tę książkę. Warto przeczytać opis, bo jest naprawdę piękna.
Książka „Frutkowskiego rozmowy, kurna, co nie?”
Wysyłka w 24 godziny!
Koszt dostawy do automatu paczkowego lub kurierem: 10 zł!
Kiedy publikacja ta pojawiła się w naszym sklepie internetowym, nadszedł czas na kolejną ważną decyzję, która domagała się realizacji. Chodziło o to, że nie wyobrażałam sobie życia bez psa. Wszystko bez niego było bez sensu. Powroty do domu, spacery, wojaże rowerowe. I wtedy wyłowiłam z czeluści sieci internetowej naszego Lonka. Psa ze schroniska, trzyletniego i po poważnych przejściach. Jego pojawienie się w moim domu wywróciło moje życie do góry nogami. Jeżeli interesuje Was ta historia, to TUTAJ KLIKAJCIE, a przeniesie Was do mojego wpisu, gdzie opisałam nasze perypetie w tamtym czasie. Znajdziecie tam historię dosłownie ociekającą krwią. Link otworzy się w nowej karcie dla wygody i poczeka, a my wracamy do bazy paliwowej w Raszówce.
Raszówka i Rosjanie
Kiedy skończyłyśmy fotografowanie, rozsiadłyśmy się na poboczu drogi, tuż przy jednym ze zrujnowanych budynków. Miałyśmy ze sobą sałatki w puszkach i pieczywo, więc z ochotą zaczęłyśmy konsumowanie.
Żeby jednak nie tracić czasu, Ines znalazła w sieci ciekawy artykuł w Legnica nasze miasto o powojennych dziejach tego urbexu i zaczęła czytać na głos, nie zważając na to, że mówi z pełną buzią.
Mnie to wcale nie przeszkadzało i słuchałam z wielkim zainteresowaniem. W rzeczonym artykule„Romantyczne i bolesne tajemnice bazy paliwowej w Raszówce. Tu stacjonowały dwie wrogie armie” zacytowano ciekawe wypowiedzi mieszkańców tej wsi.
„Bardzo dobrze mieszkało nam się wśród Rosjan. Byliśmy wioską, która nie odczuwała aż tak bardzo reglamentacji żywności w Polsce po wojnie i w PRL-u. Rosjanie bardzo przyjaźnie do nas podchodzili. Nasze dzieci bawiły się na wspólnym placu zabaw. Za bramą był sklep, kino i kantyna, do której mogliśmy chodzić, jak komendant wyraził zgodę, często razem się bawiliśmy. Pamiętam, jak w latach siedemdziesiątych Rosjanie pomagali nam wyrównać boisko sportowe. Nikt wtedy nie miał spychacza, a oni przez las przyjechali ze swoim sprzętem, żeby nam pomóc. Rozegraliśmy wtedy wspólny mecz. Byliśmy blisko z Rosjanami, zostały nawet zawarte cztery związki małżeńskie” — opowiada wieloletni sołtys Raszówki, Tadeusz Kosturek.
A tak wspomina tamte czasy okres pani Renata Złotnikow z Raszówki.
„Poznałam Sergieja, pracując na nastawni kolejowej, był zwykłym żołnierzem, nie miał możliwości wychodzenia za bramę jak wyżsi stopniem, ale był kierowcą i często przywoził różne towary na stację. Zakochaliśmy się w sobie od razu. Niestety system nie był dla nas przychylny. Siergiej musiał wyjechać. Dwa lata zajęło mi wyrobienie wizy i wyjazd do Rosji. Tęskniliśmy, ale doczekaliśmy się powrotu do siebie. W Rosji urodził się nasz drugi syn, mieszkaliśmy tam pięć lat, zanim udało nam się wrócić do Polski. Jesteśmy ze sobą do dziś, już jako emeryci i nie żałuję, że tak walczyłam o mojego męża, a on o mnie”
Paliwowe Eldorado
Kiedy Rosjanie wyjechali z Polski, baza stała się prawdziwym paliwowym Eldorado! Szybko zorientowano się, że na terenie tego obiektu znajdują się zbiorniki pełne benzyny i ropy, które zaczęły znikać i trwało to kilka lat. Poza tym budowle z tego terenu także okazały się bardzo atrakcyjne. Rozpierano je, cegły sprzedawano i wznoszono z nich nowe budynki. Z czasem również zaczęto traktować to miejsce jak wysypisko śmieci. Zamieszkali tam też bezdomni. W dawnej bazie paliwowej rzeczywiście można się dość wygodnie urządzić w razie tak tragicznej życiowo sytuacji, żeby przetrwać. Na wyższych partiach niektórych z obiektów jest sucho i można się schronić przed deszczem i wiatrem.
Te ruiny to już legenda. Dokąd będą one istnieć, zawsze znajdzie się ktoś ich ciekawy. Baza paliwowa w Raszówce jest swego rodzaju atrakcją dla nietypowych turystów, których interesuje historia podana bez biletów wstępu. I nie ma co się temu dziwić, ponieważ urbexowanie to przygoda, adrenalina i bezcenne wspomnienia.
Jest jednak coś, na co warto zwrócić uwagę i wziąć to całkiem na poważnie. Takie punkty na mapie są naprawdę niebezpieczne! Eksploracja miejsc opuszczonych zawsze wiąże się z ryzykiem utraty zdrowia albo życia. Nawet dla osób mających spore doświadczenie w tych tematach. Chciałabym, abyście wzięli sobie to do serca i nie podążali naszymi śladami, ponieważ nie zachęcamy Was do tego, a wręcz odradzamy. Na opisywaną tutaj bazę paliwową w Raszówce można zerknąć z leśnej drogi, czyli z bezpiecznej odległości, gdzie również jest możliwość zrobienia kilku ciekawych fotografii.
Kościół w Raszówce
Kościółek ten jest nowy, bo pochodzi raptem z drugiej połowy ubiegłego wieku. Zanim świątynia ta została wzniesiona w Raszówce, ludzie gromadzili się na nabożeństwa i msze święte w kaplicy na tamtejszym cmentarzu. Lata budowy sakralnego obiektu to 1980 – 1984. Nad przedsięwzięciem tym czuwał ksiądz Kazimierz Pietryga. 30 września 1984 roku kościół został poświęcony przez kardynała Gulbinowicza.
Zawsze twierdziłam i nigdy nie zmieniłam zdania o tym, że dolnośląskie świątynie są ciekawe. Przez wieki bowiem otaczały opieką zabytki wszelakiej maści. Dzięki temu sporo ich przetrwało do naszych czasów, a wraz z nimi bezcenna historia, ale do tego potrzebne są całe stulecia, aby było o czym pisać. Wrócę do tematu za 100 lat i wtedy opowiem Wam więcej o tym Przybytku Pańskim. Obiecuję… :)
Jeżeli spodobała Wam się moja historia o Raszówce, gdzie moc historii i ciekawych obiektów, to koniecznie wpadajcie do naszego internetowego kramu po publikacje naszego autorstwa. Książki są niezwykle zajmujące i pięknie wydane. Według recenzji tych naszych Czytelników, którzy już je przeczytali — ciężko się od nich oderwać. Poniżej znajdziecie więcej informacji o nich. Zapraszam do wglądu.
Książka „Mroczne tajemnice Dolnego Śląska” Wydanie drugie (rozszerzone)
WYSYŁKA: Kurier lub Paczkomat – tylko 10 zł! (na terenie Polski)
Wydanie 2, z 3 nowymi rozdziałami!
Książka „O rycerzach, śmiertelnych intrygach i bajecznych majątkach”
WYSYŁKA TYLKO 10 zł: Kurier, Paczkomat (cena na terenie Polski). Aktualny czas wysyłki: wysyłamy w 24h!
48 w magazynie
ŹRÓDŁA:
https://e-legnickie.pl/wiadomosci-z-regionu/lubin/24190-wojna-na-torach-policja-w-akcji-pociag-nie-przejechal-foto
https://legnica.naszemiasto.pl/romantyczne-i-bolesne-tajemnice-bazy-paliwowej-w-raszowce/ar/c7-8504437
https://legnica.naszemiasto.pl/powojskowe-obiekty-ukryte-w-lasach-miedzy-legnica-a-lubinem/ar/c1-7527533











































