Naturalny

Rozlewisko na Jeziorce. SAMA W WIELKIM LESIE

Rozlewisko na Jeziorce niedaleko Słupa (dolnośląskie, pow. średzki), to jedna z moich ulubionych miejscówek. Odwiedzam ten akwen co jakiś czas, przyjeżdżając do niego z różnych stron. Za każdym razem prowadzi mnie tam inna droga. To bardzo dziki teren. Ogromny las, stare, często niedrożne dukty, bliskość Odry, dużo dzikiej zwierzyny, woda ukryta w kniejach…

Odra

Odra…

 

Można się tam zgubić całkiem na serio. Często w lesie tym nadodrzańskim znika zasięg w telefonie i nie ma wówczas kontaktu z cywilizacją. Traci się również dostęp do internetu, a więc i do mapy. Wtedy zostają już jedynie instynkt samozachowawczy i naturalna orientacja w terenie, które ma każdy z nas, tylko przez to, że rzadko ich używa, osłabły na mocy. Wiem co mówię, ponieważ nie raz bywałam w tamtym lesie, niekiedy całkiem sama i znam swoje i jego możliwości. Knieje przy Wielkiej Rzece potrafią sponiewierać, jeżeli nie podejdzie się do nich poważnie. Przejeżdżałam tamtędy podczas polowania, drogą ciemną od bujnych koron drzew. Wokół mnie tylko mrok, choć był to biały dzień. Jak okiem sięgnąć, wszędzie gęstwina niższej partii lasu. Odgłosy wystrzałów dochodziły mnie z niedaleka, jakby myśliwy znajdował się 50 metrów ode mnie. Ja – poruszałam się cicho na rowerze, ubrana jak zawsze tak, żeby widać mnie było jak najmniej. Człowiek strzelał, Pan Bóg kule nosił…

Samotna kobieta w wielkim lesie

Innym razem wjechałam na wał przy Odrze podróżując samotnie rowerem z Zakrzowa do Słupa. Teraz budują tam wygodną trasę dla rowerów, ale wtedy trawa na wale wysoka była aż do pasa. Taranowałam ją swoją maszyną i przedzierałam się do leśnej ścieżki prowadzącej do niewielkiego dzikiego akwenu w lesie – to rozlewisko na Jeziorce. Minęłam się wówczas z ogromnym jeepem. Kilku facetów w wozie, w środku ogromnego lasu. Oni wyjeżdżali z kniei, a ja tam podążałam. Jestem z tych ludzi, którzy nie traktują obecności człowieka w podobnych miejscach jako dobry znak. Okoliczności takie powodują u mnie niepokój. Obracałam się kilka razy za terenówką, zanim zniknęła za zakrętem. To spotkanie mocno mnie rozbiło. Nie czułam się komfortowo. Nie wiem co to było za towarzystwo, ale coś z tyłu głowy szeptało mi do ucha, że to nie dobrze zostać zauważoną w takim miejscu, kiedy nie ma ze mną nikogo. Tam był taki wąski zjazd z wału na leśną dróżkę po lewej. Skręciłam i ukryłam się z rowerem w gęstwinie roślinności. Komary zaczęły mnie żreć żywcem. Wyciągnęłam chemię i spryskałam sprayem ubranie. Potem wyszłam z lasu żeby luknąć na ścieżkę. Jeep wyłonił się zza zakrętu dosłownie w chwilę po tym, jak zaczęłam podejmować decyzję, że ruszam dalej w drogę. Jednak kiedy zobaczyłam auto, natychmiast powróciłam do roweru.

Odra

Odra…

W ukryciu

Między drzewami stałam się całkowicie niewidoczna. Oczywiście, że nic złego wcale nie musiało się dziać. Może to strażnicy leśni, a może myśliwi? Wszystko co czułam niepokojącego przybywało do mnie z moich myśli. Szeptała je intuicja. Samochód zawrócił w kilkanaście minut i to po prostu wydało mi się dziwne. Nic poza tym. Stałam tam ukryta za wielkim pniem ogromnego drzewa i spoglądałam na wał. Po chwili minęło mnie auto terenowe, to samo co wcześniej. Powoli, bez pośpiechu, leniwie, ale wiadomo – to nie trasa z betonu i asfaltu, nie da się tam za mocno rozpędzić. Odgłos silnika po kilku minutach stał się mniej wyraźny. Wyjrzałam z ukrycia i oceniłam sytuację. Terenówka ponownie zniknęła mi z oczu, a do ścieżki nad rozlewisko na Jeziorce miałam góra 100 metrów. Wyruszyłam więc w drogę za Jeepem, nie czekając lepszej okazji, żeby zniknąć po tamtej stronie lasu…

Podobne historie zawsze opowiada się lepiej aniżeli przeżywa. Teraz to tylko bajanie z drogi, ale wówczas, chociaż niby nic się nie działo, serce waliło mi jak młot, nogi stawały się miękkie, wyobraźnia pastwiła się nad spokojem duszy. Człowiek człowiekowi wilkiem, zwłaszcza w wielkim lesie…

Rozlewisko na Jeziorce. Droga do akwenu

To była bardzo upalna niedziela. W tamtą drogę wybrałam się ze Sławkiem i Panem Frutkowskim. Trasa została tak zaplanowana, aby szlak był leśny. Wyruszyliśmy o świcie. Potrzebowaliśmy cienia i chłodu poranka. Nasze wędrowanie obejmowało teren leśny między Szczepanowem, Słupem a Zakrzowem.

Rozlewisko na Jeziorce

Drogi wybieraliśmy bez asfaltu i betonu – jak to my mamy w zwyczaju. Najpierw były nieistniejące Jaśkowice, które dziś są Szczepanowem. Tam urządziliśmy sobie krótki postój na napoje chłodzące.

 Rozlewisko na Jeziorce

Potem ruszyliśmy lasem do Słupa. Duktem starym, poniemieckim, częściowo nieistniejącym. Prosiłam, żebyśmy zatrzymali się specjalnie po to, abym mogła zrobić to zdjęcie. Pragnęłam Wam to pokazać…

Rozlewisko na Jeziorce

Prowadził on najpierw do Lisin, czyli do leśniczówki w środku lasu na trasie asfaltowej między Kobylnikami a Słupem. W tym punkcie przecięliśmy jezdnię i ponownie wbiliśmy się w dzicz. Teren ten dobrze znany jest Sławkowi, ponieważ często przyjeżdża tam na grzybobranie, jednak im dalej w knieje, tym bardziej i dla niego była to terra incognita. Ja również byłam tam pierwszy raz. Droga wiła się wąska wśród ciemnego, gęstego, chłodem bijącego lasu. W zdecydowanej większości utwardzona bazaltem. Żadnych oznaczeń szlaku rowerowego. Takie odludzie, że klękajcie narody. Przy ścieżce rosły leciwe dęby. Pamiętają zapewne czasy, kiedy ten dukt liczył się bardzo dla ludzi żyjących w tamtym świecie. Wszystkie te dzisiejsze, niemal nieznane szlaki, ongiś łączyły ze sobą okoliczne osady. Stanowiły istotne połączenia. Teraz do tych miejscowości można dojechać drogami dla aut. Nadrabia się kilometrów ale są ku temu możliwości. Dawniej ludzie podróżowali wolniej. Skróty były im niezbędne. 

Naszym celem było rozlewisko na Jeziorce

Przybyliśmy tam od strony Słupa. Zaraz za grodziskiem, kierując się w stronę lasu, mijając stary, nieistniejący dziś nawet w najmniejszym stopniu cmentarz, wjechaliśmy na drogę dziką, wijącą się jak wąż między leciwymi drzewami i gęstymi krzaczorami. Trasa była błotnista, choć to bardzo suchy czas.

Rozlewisko na Jeziorce

Mijaliśmy kałuże, przy których mnóstwo oznak bytności dzików. Dookoła głusza. Las z każdym krokiem stawał się bardziej niezależny od człowieka. Kiedy spojrzy się na mapę tego terenu, każdy od razu zorientuje się, że szliśmy ku totalnej dziczy. Po drodze ani śladu żywego człowieka. Kiedy znajdę się w takim terenie sama, reaguję na to nieco inaczej. Jestem bardziej skupiona. Wszystkie zmysły pracują na wysokich obrotach. Jednak ze Sławkiem jest inaczej. On przeważnie kieruje wyprawą i mocno mnie rozleniwia. Zawsze wpakuje nas na bezdroża i on wie, że ja się nie obrażę, kiedy iść będę po pas w trawie, komary zaczną mnie pożerać, kleszcze atakować, a rower będę musiała przenosić nad powalonymi kłodami.

Rozlewisko na Jeziorce

Nierzadko zdaję się na niego w różnych podbramkowych sytuacjach. Na przykład gdy skończy nam się droga, on często zostawia mnie z Frutkiem przy rowerach i znika na długo w terenie, idąc na zwiady.

Rozlewisko na Jeziorce

Ustala, czy mamy szanse przebić się przez ostępy. Nigdy nie pyta mnie czy boję się zostać sama, a ja zostaję. Dookoła tylko pustka, poczucie własnej marności wobec natury. Rozglądam się. Wszędzie mrok, drzewa, dziwne odgłosy, pękające suche gałązki. Tracę go z oczu, przestaję słyszeć. Robi się cicho…

No i co z tego? To przecież las, a nie park miejski. Wiadomo, że musi być trochę strasznie, inaczej nie byłoby przygody…

Droga leśników

Kiedy jestem ze Sławkiem w takim terenie, często z różnych powodów się rozdzielamy. Jeżeli jednak w taki sposób wędruję z Ines – nie rozstajemy się nigdy. Ani na chwilę. Mamy inne zasady. Tam, na końcu tej zrytej leśnej trasy, pojawił się trawiasty przesmyk. Kiedy Sławek wrócił z wywiadu, stwierdził, że na końcu tego zarośniętego szlaku jest woda i to pewnie już rozlewisko na Jeziorce.

Rozlewisko na Jeziorce

To tylko kilkadziesiąt metrów. Ruszyliśmy więc w ten busz. Maszerowaliśmy w chmurach pyłu, który uwalniały trawy. Cały ten proch przyklejał się do odsłoniętych partii skóry, która była i spocona i lepka od środków na kleszcze i komary. Na zdjęciach wygląda to bardzo charyzmatycznie, w praktyce – dusiliśmy się pyłami, pot zalewał nam twarze, w oczach i w nosie mieliśmy nasiona i sproszkowane kwiatostany przekwitłych traw. Ciało moje nękało swędzenie. Co chwilę w szprychy wkręcały mi się połamane gałęzie. Prowadziłam rower po nierównościach, a na tyłach w koszu siedział Frutek, który swoje waży i lekko nie było. Natura jest fascynująca, ale jest też trudna. Dla tych, którzy nigdy jej nie próbowali od tej strony, może być rozczarowaniem. Po chwili ponownie znaleźliśmy się między drzewami. Tym razem nad wodą.

Rozlewisko na Jeziorce

Ponieważ byłam tam już wcześniej, wiedziałam, że to nie jest rozlewisko na Jeziorce, ale koryto rzeki, choć rzeczywiście w tym miejscu bardzo szerokie. Po lewej widzieliśmy jakieś resztki drogi dla leśników, a po prawej wzdłuż brzegu wiła się wydeptana ścieżka zwierząt. Wybraliśmy szlak dzików…

Praktycznie o wędrowaniu

Prawda jest taka, że tam nie było żadnej trasy, a już najmniej takiej dla rowerów. Maszerowaliśmy po prostu dzikim lasem. Było ciężko. I wtedy znowu podjęłam temat jednego z najświetniejszych i najbardziej praktycznych wynalazków ludzkości – czyli drogi. Sądzę, że wielu ludzi dziś wcale o tym nie myśli, jakie to cudowne rozwiązanie, ponieważ teraz tego dobra mamy dookoła bez liku. Wystarczy jednak znaleźć się z rowerem w takim miejscu, jak to tu opisywane, żeby podobne myśli zaczęły zachwycać. Cóż to za cudowny wynalazek – ubita droga, którą wygodnie można przemierzać świat! Spróbujcie kiedyś wbić się w takie bezdroża, styrajcie się do bólu pokonując naturę bez udogodnień, a zobaczycie jak usta Wasze wielbić będą nawet byle jaką, pylistą ścieżkę, tylko żeby drożna była. Przyznam się, że i ja fakt ten doceniłam tak naprawdę dopiero po tym, jak nieustanne wędrowanie nie raz, nie dwa… porządnie mnie sponiewierało poza szlakiem. 

Jeziorka

Później oceniliśmy sytuację w ten sposób, że jednak nie mamy szans na przebicie się do akwenu tą dziczą. Koryto Jeziorki było głębokie, a po drodze nie przecinał go nawet pień zwalonego drzewa. Po drugiej stronie rzeczki jawił się nam wał, a na nim zalążki ścieżki rowerowej. Trochę się też chyba wtedy zgubiliśmy, bo już nikt nie wiedział, czy lepiej podążać w prawo czy w lewo? Ostatecznie postanowiliśmy porzucić tę drogę leśników i zawrócić. Las nas zwiódł i zgubiliśmy własne ślady. Zauważyłam wtedy miejsce po ognisku. Powiedziałam Sławkowi, że nie pamiętam czegoś takiego w drodze do koryta Jeziorki. Wycofaliśmy się więc, lustrując wzrokiem teren i ponownie wskoczyliśmy na dziki szlak, który nas tam przywiódł. Wówczas podjęliśmy kolejną próbę i z szerokiej, rozrytej przez dziki drogi po raz kolejny wbiliśmy się w głuszę, kierując się wąską alejką do jeziora. A przynajmniej tak nam się wtedy wydawało…

Pan Frutkowski

Rozlewisko na Jeziorce

Ścieżyna prowadziła nas tym razem tak lekko i zwiewnie. Falowała pod kołami rowerów, wdzięcznie i zgrabnie wywijając się na zakrętach. Na środku dzielił ją na dwie części pas niewysokiej trawy. Była taka radosna. Bez podłych, zielonych kałuż zgnilizny, nad którymi unosiły się roje much i komarów i bez zrytych przez dziki odcinków, które trzeba było omijać piechotą i bokiem. Czuło się po prostu, że na jej końcu czeka na wędrowca nagroda.

Wtedy też przed oczami naszymi pojawiło się rozlewisko na Jeziorce. Poznałam akwen od razu, bo to nie pierwsze nasze spotkanie.

Rozlewisko na Jeziorce

Powietrze wypełniał plusk płynącej wartko wody. Ogarnęła mnie niemal dziecinna radość ze znaleziska. Od tej strony jeszcze nigdy tu nie zawitałam. Jeziorko było trochę niebieskie, a trochę rude. Jednak wcale czyste. Można było nawet obserwować małe rybki, które żwawo pływały przy samym brzegu. Było ich mnóstwo. Takie piękne…

Rozlewisko na Jeziorce

Ptaki ukryte w koronach drzew nie przestawały koncertować. Przed nami trawiasta plaża, w sam raz na piknik w lesie. Tuż obok koryto Jeziorki, i źródło odgłosów rwącej wody. Leciwy i sfatygowany mostek z drewna obiecywał suchą przeprawę na drugi brzeg. Najpierw jednak sielanka. Chwila nagrody za nasz trud. Sławek rozłożył na trawie swoją bluzę. Potem wyjęliśmy z sakw prowiant. Kanapki, jajka w majonezie, bułeczki maślane, jogurty, soki, zimne – bezalkoholowe, chrupki dla Frutka…

Rozlewisko na Jeziorce

Mała Wielka rzeczka 

Jeziorka jest nieodłączną częścią moich wędrówek. Spotykam ją na swoich szlakach nad wyraz często. Jest dopływem Średzkiej Wody, a ta z kolei od zawsze towarzyszy historii mojego miasta. Rzeki, podobnie jak drogi, są bardzo ważne. Często ich nie zauważamy, a to one dawały początek niejednym, bardzo istotnym dziejom. Jeziorka jest niewielką rzeką. Płynie na tym odcinku ramię w ramię z Odrą, i choć nie może się z nią równać, jednak bardzo korzysta na tym sąsiedztwie. Odra jest wielka i piękna, dzika i majestatyczna. Jeziorka – tajemnicza i bardzo pomysłowa. Obie rzeki tworzą wokół siebie magiczny klimat. Dzikie jazy, rozlewiska, plaże, brzegi pełne nieokiełzanej zieleni, często niedostępne.

Rozlewisko na Jeziorce

Odra niedaleko Słupa to nie Odra we Wrocławiu. Woda ta sama, ale klimat niepodobny. Jeziorka w tamtej dziczy jest trudno dostępna, natomiast na innych odcinkach, swoim zwyczajem rozlewa się to tu to tam i tworzy weekendowe mekki dla wędkarzy od Wrocławia po Środę Śląską. Płynie sobie jakby nigdy nic przez gminę Miękinia, dobija do Prężyc, bokiem mija Głoskę, Kobylniki i Słup. Pojawia się i znika jak duch, po drodze swojej zostawia urokliwe, mokre zakątki, o których świat nie słyszał, podobnie jak o niej samej. Wolna jest jak nikt z nas. Bardziej nawet niż Odra, na którą wszyscy patrzą. 

Na plaży…

Frutek popijał wodę z Jeziorki, chrupał suchą karmę z rybą i podkradał mi maślane bułeczki ręki, kiedy się zagapiłam, zagadałam i nie patrzyłam co robi. Sławek częstował go kromalem z malczyckiej piekarni posmarowanym masłem. Rozmawialiśmy wtedy o tym, że ta plaża to nagroda za cały nasz trud w tamtym buszu nad Jeziorką. On chciał wcześniej przeprawiać się przez rzeczkę, żeby dostać się na wał, jednak wówczas ruszylibyśmy od razu do Zakrzowa, a sprawę odwiedzenia akwenu przesunęlibyśmy w czasie. Ja się uparłam, żeby drążyć sprawę po tej stronie Jeziorki. Czekałam na bonus od natury. Oczekiwałam, że nagrodzi mnie ona za moją wytrwałość. Chciałam osiągnąć cel. Dotykać się miejsc mało znanych. Pobyć z dala od świata ludzi. Zobaczyć obrazy, które nie dla wszystkich są dostępne.

Rozlewisko na Jeziorce

Później ruszyliśmy w drogę powrotną. Wałem wzdłóż Odry do Zakrzowa, a potem lasem do Szczepanowa. Z nieba lał się żar…

Rozlewisko na Jeziorce

Człowiek nie do końca należy do szeroko rozumianej cywilizacji. Wiem o tym, ponieważ w podobnych, dzikich i oddalonych od ludzkich domostw miejscach, czoło moje samo gnie się przed majestatem natury, choć nikt nie każe mi się kajać. To ja należę do niej, a nie ona do mnie. Przyroda świetnie poradzi sobie beze mnie. Ja bez niej zginę. Przychodzę do natury aby pobyć choć przez chwilę na jej łonie. Z tego miejsca płynie życie. Przypominam to sobie idąc w taki las bez dróg. Hartuję ducha. Pozwalam się jej zmęczyć, sponiewierać drogą a potem nagradzać. Zawsze, niezmiennie i nieustannie w tej samej kolejności…

Rozlewisko na Jeziorce

Szczęśliwym trzeba umieć być.

 

Co o tym sądzisz?

Ekscytujące!
38
OK
16
Kocham to!
15
Nie mam pewności
0
Takie sobie
0
Subscribe
Powiadom o
guest
8 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Meander

A my kilka lat temu Jeziorką wczesną wiosną co roku pływaliśmy wraz z grupą Miękińskich kajakarzy

Jacek

Super! Pięknie napisane! Masz talent do budowania swoją opowieścią nastroju!

Tytus

Wspomniane grodzisko nie jest grodziskiem, a oczkiem wodnym wykopanym przed laty przez właściciela działki, również on stworzył wysepkę na tym akwenie. Pozostałości cmentarza natomiast są widoczne w postaci kawałków nagrobków zniszczonych i pokrytych bluszczem, a niedaleko obok znajduje się przetrwały do dziś przedwojenny pomnik poświęcony ofiarom I WŚ.

Tytus

Pamiętam doskonale kopanie tego stawku. Na dowód wstawiam zdjęcie satelitarne z lipca 2010 roku, na którym widać kępkę drzew w miejscu obecnego oczka wodnego,

obraz_2022-02-10_091207.png
Tytus

A tutaj zdjęcie z sierpnia 2012 roku, na którym widać już stawek.

obraz_2022-02-10_091324.png
Tytus

Wspomniane grodzisko to w rzeczywistości oczko wodne wykopane przed laty przez właściciela działki, zaś po dawnym cmentarzu można znaleźć jeszcze pozostałości w postaci fragmentów nagrobków ukrytych w krzakach i pokrytych bluszczem. Niedaleko tych pozostałości znajduje się również przedwojenny pomnik ofiar I WŚ. Natomiast śladów grodziska lub jakiegokolwiek osadnictwa należałoby się doszukiwać w lesie sosnowym za wioską, a także między Słupem, a Kobylnikami gdyż były tam prowadzone prace archeologiczne ponad 2 dekady temu.

Wiesław

No to albo gospodarz samowolnie rozkopał sobie sam archeologiczną fosę wokół gródka (mógł nawet nie wiedzieć, że to grodzisko) , albo to opracowanie z politechniki o grodzisku – to bzdura.

Kategoria:Naturalny

0 %