Rycerz Dziwigor. W samym środku historii o rozbiciu dzielnicowym
Na dolnośląskiej ziemi, w powiecie średzkim i w gminie Udanin znajduje się pradawna osada, zwana Dziwigórzem. Podobnie jak przez wiekami, tak i teraz jest to niewielka wieś, którą z wszech stron otacza natura. Kiedyś wokół niej rosło wiecej lasów, ale potem wszystkie je wykarczowano i teraz dominują tam pola uprawne. Życie w Dziwigórzu od zawsze toczyło się z dala od miejskiego zgiełku i dotąd nic się w tej kwestii nie zmieniło. Dzięki temu, być może, zachowała ona swój dawny, przestrzenny układ, w sercu którego znajduje się dwór z 1827 roku. Jest więc to zabytek z pierwszej połowy XIX stulecia! Wspaniały i dobrze utrzymany, ale jeszcze wspanialszy jest grunt pod nim – sztuczna wyspa otoczona mokrą do dziś fosą. Żeby dostać się do dworu, trzeba przejść po drewnianym moście, który na samym początku istnienia tego sioła był zwodzony. Mamy bowiem do czynienia w Dziwigórzu z grodziskiem średniowiecznym, zachowanym w stanie idealnym. To miejsce jest prawdziwym historycznym skarbem na udanińskiej ziemi!
Pierwsze pisane wzmianki o Dziwigórzu, które dotrwały do naszych czasów pochodzą z 1394 roku. Wspomina o tym historyk Adolf Moepert w swojej książce “Nazwy miejscowości powiatu średzkiego w historii i języku: według starych i nowych granic powiatu”. Opisuje on tam przekazanie przez braci Konrada, Markusa i Josta folwarku zwanego wówczas Dybisdorff (czyli Dziwigórz) kuzynowi Nickelowi. Wszyscy ci rycerze należeli do rodu Waldiczów. Autor jednak, pomimo, że nie dysponuje dowodami na papierze, dzieli się z czytelnikami swoim podejrzeniem na temat najpierwszego pana na Dziwigórzu i niesamowicie zręcznie łączy kropki w tej historii. Twierdzi on, że nazwa Dybisdorff wyraźnie wskazuje na imię założyciela tej osady i na jej znacznie starszą metrykę. Wedug Moeperta Dybisdorff można tlumaczyć jako Wieś Diviego, gdyż najwyraźniej skryba zapisujący dwa stulecia później nazwę tej miejscowości przy okazji transakcji braci Waldiczów, zanotował ją niepoprawnie pisząc Dybi zamiast Divi. Błędy średniowiecznych kronikarzy to prawdziwe kłody pod nogi niemal w każdej tak leciwej historii, gdzie nieustannie napotykam jedno imię bądź nazwę w kilku wersjach i trzeba mi za każdym razem kojarzyć fakty. Jak widać Moepert miał dokładnie tak samo i on również zmuszony był rozwiązywać te łamigłówki zostawione dla niego przez dawnych pisarzy. Był on w tym prawdziwym mistrzem, gdyż dzięki jego elastycznemu umysłowi i niezwykłej bystrości dowiadujemy się z jego książki, że:
“Dawna forma nazwy Dybisdorffu wyraźnie wskazuje na imię Divi, omówione przy okazji miejscowości Wiehau (Ujów w powiecie wrocławskim i w gminie Mietków). Biorąc pod uwagę – pisze dalej historyk – niewielką odległość między tymi miejscowościami (około 15 kilometrów z buta) z pewnością nie będzie zbyt śmiałym przypuszczeniem, że ów fundator klasztoru św. Wincentego był również właścicielem ziemskim w Dybisdorff. Z pewnością nie pozbawił się majątku wskutek przekazania Wiehlau”.
Dziwigor
W tym momencie konieczny jest szerszy kontekst, żeby pojąć o co w tym wszystkim chodzi? Ważne jest aby zrozumieć, że autor tego tekstu najpierw wpadł na hrabiego Diviego (jak go nazwal w swym dziele) w Ujowie, który wówczas, czyli w roku 1149 zwał się Yeyouo. Hrabia Divi, zdrobniale od Divigora albo Dziwigora, obdarował w tym roku klasztor świętego Wincentego w Ołbinie (dziś jest to Wrocław) Ujowem, który był jego wsią. Gest ten odbił się szerokim echem w dokumentach śląska, gdzie zanotowano to wydarzenie dokładnie 22 czerwca 1149 roku. W rzeczonym dokumencie napisano, że: Bolesław, książę Polski potwierdza klasztorowi św. Wincentego posiadłości, które przynieśli mu w darze darczyńcy, komesi polscy. Wśród nich figuruje również Diwusa (Divus, Divigor) który podarował klasztorowi Veyouo (Ujów). Gdyby nie ta darowizna, założyciel Dziwigórza nigdy nie zostałby namierzony. To właśnie dzięki temu wydarzeniu Adolf Moepert połączył kropki i skojarzył tego darczyńcę z zasadźcą tej malutkiej osady pod Udaninem. To jest absolutnie fantastyczne i fenomenalne! Wszystko to układa się w fascynującą historię i pozwala wierzyć, że Dziwigórz istniał już w pierwszej połowie XII wieku, czyli na dużo wcześniej niż podają wszystkie źródła opierające się dokumencie braci Waldiczów 1394 roku.
Przyznaję, że byłam pod silnym wrażeniem tego odkrycia. Od tamtej chwili średniowieczne grodzisko w Dziwigórzu, na którego dawnym majdanie stoi dwór z XIX wieku, wydało mi się bardziej znajome, gdyż poznałam tego, który setki lat temu kazał kopać tę fosę i wznosić kopiec, gdzie potem postawił swoją wieżę rycerską. Poznałam go póki co z imienia, ale jak już zapewne zdążyliście zauważyć, znamy kilka jego wersji, warto więc przyjrzeć się im dogłębniej. Pierwszym z nich niech będzie Dziwigor albo Divigor. Jest to imię słowiańskie i już w sumie również zabytkowe, ponieważ popadło ono w całkowite zapomnienie podczas chrystianizacji tych ziem, a w tej historii ocalało jedynie dzięki nazwie wsi Dziwigórz. Kiedy chrzest stał się symbolem wiary, coraz rzadziej nadawano je chłopcom, bo w modzie były imiona: Jan, Piotr, Wojciech, Andrzej… Tak to właśnie wyglądało, a szkoda, bo Dziwigor brzmi zacnie i ma konkretne znaczenie. Można interpretować to imię na kilka sposobów, gdyż składa się z dwóch członów: “dziwi” od zadziwiania i “gor” od goreć, palić się, płonąć. Musiał więc być ten pierwszy pan na Dziwigórzu gorączka! Inne warianty tego imienia to Diwus albo Dziwisz, które podobnie należy rozumieć, że ten które je nosił był godnym podziwu.
Na tropie Dziwigora
Od tego momentu zaczęłam tropic Dziwigora z ogromną pasją. Zależało mi aby dowiedzieć się o nim więcej niż tylko to, jak brzmiało jego imię i kiedy założył Dziwigórz, bo to już ustaliłam. Podczas przeszukiwania potencjalnych żródeł wpadłam na Dziwisza w książce Marka Cetwińskiego pod tytułem “Rycerstwo śląskie do końca XIII wieku. Biogramy i rodowody”. Nie wątpię, że była to ta sama osoba, której poszukiwałam, tyle, że autor tej publikacji opisał go jako należącego do rodu Nagodziców i dodał, że inny historyk, Karol Potański “zaliczył go do Nagodziców jedynie na podstawie samego imienia”. A wszystko to przez to jego imię, które tak często pojawiało się w tamtej rodzinie szlacheckiej, że aż stało się ono jej znakiem rozpoznawczym.
Oczywiście podjęłam ten trop i dałam mu się porwać, jednak im dłużej brnęłam w temat Nagodziców, tym bardziej zaczynałam wątpić, aż ostatecznie go porzuciłam i ruszyłam w inną stronę. Wróciłam do Dziwigórza i zaczęłam zastanawiać się nad tym, co wspólnego miał Dziwigor z klasztorem świętego Wincentego na Ołbinie? Wiedziałam już, że był on właścicielem Ujowa (zanim oddał go zakonnikom) i Dziwigórza, i że to on powołał te sioła do istnienia. Nie był jednak obrzydliwie bogaty, bo dokumenty śląska milczą o nim poza tą jedną darowizną. Zaczęłam przyglądać się tej sprawie przez pryzmat owego klasztoru i czasu, w którym rozgrywały się te wydarzenia. To wymagało wysiłku, aby zapoznać się z tymi tematami. Zaczęłam od klasztoru. Posłuchajcie…
Piort Włostowic
Opactwo benedyktynów na Ołbinie zostało ufundowane przez Piotra Włostowica, który ofiarowal mnichom również relikwie świętego Wincentego. Wostowicz urodzil się około 1080 roku i mówiono o nim, że był Duńczykiem z pochodzenia. Kiedy stał się rycerzem, dołączył do drużyny księcia Bolesława Krzywoustego, któremy wiernie służył, za co władca ten hojnie go nagadzał. Służba ta uczynial go bardzo bogatym człowiekiem. Od księcia otrzymał liczne nadania ziem, a jego pozycja w państwie rosła, czyniąc z niego ostatecznie palatyna, czyli osobę piastującą najważniejszy urząd w kraju, dający mu ogromną włądzę, przy czym Piotr Włostowic cieszył się nieustannie miłością i zaufaniem księcia, dlatego cały czas był blisko niego. Dzięki sukcesom w karierze nasz bohater mógł pozwolić sobie na fundowanie kościołów i klasztorów, i zapisywać się na katrach historii jako ich darczyńca. Jego czyny i pozycja na dworze władcy wzbudzały ogromny szacunek.
Kiedy książę Bolesław Krzywousty zmarł, Polska została podzielona pomiędzy jego synów: Władysława (Wygnańca), Bolesława (Kędzierzawego) i Mieszka (Starego). Szybko jednak najstarszy Władysław, podobno pod presją swojej żony Agnieszki, postanowił odsunąć od władzy swoich młodszych braci, przez co zapoczątkował konflikt w tej rodzinie. Jego celem było całkowite pozbawienie ich sukcesji aby on mógł stać się jedynym, niepodzielnym władcą mającym wszystkie dzielnice pod sobą. Krzywousty pragnął uniknąć waśni pomiedzy synami, dlatego podzielił kraj na dzielnice i rozdał go im jako schedę, ale zabieg ten okazał się nieudanym. Jego potomkowie zaczęli walczyć ze sobą i ostatecznie młodsi z nich: Bolesław Kędzierzawy i Mieszko wypędzili z kraju Władysława, którego odtąd nazywano Wygnańcem. Uciekł on do Niemiec i tam dożył swoich dni. Wydaje się, że zgubiliśmy w tej historii Piotra Włostowica, ale to tylko wrażenie, gdyż jak najbardziej znajdował się on w samym centrum tamtych wydarzeń i srogo za to zapłacił.
Kazał wydłubać mu oczy i uciąć język
Po śmierci Krzywoustego Piotr stanął u boku najstarszego jego syna Władysława jako jego doradca. Książę otrzymał go jakby w spadku po swoim ojcu. Włostowic służył młodemu władcy sumiennie, tak jak wcześniej jego rodzicielowi i szanował jego testament. Nie słodził mu, ale mówił prawdę i ostrzegał go, że źle czyni rozpoczynając wojnę z braćmi. Jednak kiedy on nie słuchał, Piotr oficjalnie wziął stronę juniorów przez co Władysław uznał go za zdrajcę.
Wówczas rozgniewany książę nasłał na Włostowica swoich ludzi. Przybyli oni podstępnie do jego dworu mówiąc, że mają dla niego wieści od Władysława. On otworzył im drzwi swojego domu i przyjął z honorami, zapraszając na wieczerzę. Potem nadeszła noc i goście rozeszli się do swoich komnat, ale niedługo trwała ta cisza, bo Włostowic został napadnięty w swojej alkowie, kiedy był cakiem bezbronny. Pojmano go i przywleczono przed oblicze Władysława. Książę wyznaczył dla niego starszliwą karę za zdradę. Kazał wydłubać mu oczy i uciąć język. Krew zalewała oczy Piotra a z ust buchała krew. Kiedy było już po wszystkim, wygnano go z kraju. Ten akt okrucieństwa wobec szanowanego palatyna rozjuszył rycerstwo i wzbudził chęć buntu. Zaowocowało to natychmiastową reakcją. Władysław musiał uciekać z kraju w roku 1146, co całkowicie zmieniło układ sił w Polsce. Nowym księciem seniorem stał się jego brat Bolesław Kędzierzawy. Po tych wydarzeniach ślepy i niemy palatyn powrócił na Śląsk otoczony chwałą męczennika. Umarł w 1153 mając 73 lata. Pochowano go w podziemiach ufundowanego przez siebie kościoła przyklasztormego na Ołbinie. Z honorami, jako fundatora obiektu.
Dlaczego ta opowieść znalazła się w historii o Dziwigorze?
To tyle o człowieku, który oplacił budowę opactwa na Ołbinie. Dlaczego ta opowieść znalazła się w historii o Dziwigorze? Ponieważ jest w niej zawarta tajemnica naszego bohatera z tej małej osady pod Udaninem. Zauważyłam to, kiedy zapoznawałam się z dziejami klasztoru i życiem Piotra Włostowica. Dokładnie trzy lata po tym, kiedy Władysław Wygnaniec opuszcza kraj, hrabia Dziwigor oddaje swoją wieś Ujów benedyktynom z Ołbina. Zaczęłam się zastanawiać dlaczego to uczynił? Taki kosztowny podarek? Musiał mieć jakiś powód, i to naprawdę istotny! Rycerze, nawet ci najbogatsi nie rozdawali swoich wsi bez przyczyny, bez drugiego dna, bez korzyści. Coś musiało się za tym kryć.
I wtedy mnie olśniło! Zrozumiałam, że stało się to niedługo po tym, kiedy Piotr powrócił z wygnania do domu. Wówczas to nasz Dziwigor i kilkunastu innych darczyńców w dniu 22 czerwa 1149 roku złożyli dary klasztorowi, którego on był fundatorem. Według mnie wszyscy oni byli mu podlegli. To dzięki niemu stali się właścicielami prywatnych dóbr, które on im nadał, i za te dobra trwali w czynnej służbie u Włostowica, który jako majętny i pełniący ważny urząd, musiał mieć własną drużynę zbrojnych i była ona rozsiana zapewne po całym kraju. Po powrocie Piotra z wygnania rycerze zmuszeni byli się określić, czy nadal będą wiernie mu służyć, a więc złożenie takiego daru w miejscu zbudowanym przez palatyna było niemal jak słowo honoru, że stają przy nim murem, i że biorą jego stronę. To było jak podpisanie paktu obronnego. W XII wieku nie istniały partie polityczne ani media. Lojalność manifestowało się czynem i majątkiem.
Był więc nasz Dziwigor w samym centrum bardzo ważnych politycznych zmian, które rozgrywaly się w Państwie Polskim w XII wieku i jego rola nie była bez znaczenia. Służył on mieczem u majętnego i potężnego urzędnika państwowego, który nadał mu ziemię na pewno w Ujowie i w Dziwigórzu, jednak osobiście jestem przekonanana, że było tego wiecej. Zapewne każda z tych osad została przez Dziwigora wzniesiona od zera.
Zbudował on, według ówczesnej praktyki kopiec otoczony mokrą fosą, a na nim postawił wieżę rycerską, gdzie znajdowały się izby mieszkalne. Tuż przy grodzisku (na terenie poźniejszego folwarku) zamieszkali chłopi w swoich chatach krytych strzechą. Zarówno w Dziwigorzu jak i w Ujowie powstały takie same obiekty obronne. W Ujowie do fosy wodę doprowadzono z rzeki Strzegomki, a w Dziwigórzu z Cichej Wody. Rycerz Dziwigor był zasadźcą w tych osadach, ale tylko w jednej z nich mieszkał na stałe i najpewniej był to Dziwigórz. Wnioskuję to po nazwie tej wsi, która pochodzi bezpośrednio od jego imienia. Bardzo prawdopodobne jest również, że były to jego pierwsze dobra rycerskie otrzymane w lenno od swojego protektora Włostowica, dlatego z nimi związany był najbardziej.
Patrząc dzisiaj na dwór w Dziwigórzu, który stoi na sztucznej wyspie otoczonej mokrą fosą, nie widzimy już palisad, drewnianej zabudowy ani zwodzonego mostu, jednak grunt ten jest taki sam jak prawie 900 lat temu, dlatego właśnie ta historia nadal tam mieszka, pomimo, że po Dziwigorze przez setki lat nieustannie wieś ta zmieniała właścicieli…
















