Sołtysowice. Tajemnica średniowiecznego grodu i dłoni z obciętymi kciukami
To miejsce pojawiło się na naszym szlaku rowerowym całkowicie przypadkiem. Tamtego dnia wyruszyłyśmy ze Środy Śląskiej do Wrocławia na targ staroci koło starego młyna i kiedy już stamtąd wyszłyśmy, Ines nie chciała od razu wracać do domu, stąd pomysł powłóczenia się po tym wielkim mieście. I w ten właśnie sposób trafiłyśmy do Sołtysowic, gdzie setki lat temu istniała ufortyfikowana osada. Posłuchajcie…
Szukałyśmy miejsca, gdzie będziemy mogły spokojnie zjeść śniadanie. Byłyśmy w trasie od świtu i ssało nas już w żołądkach. Ines spojrzała na mapę i powiedziała, że całkiem niedalego znajduje się dość spory las a w nim jest jakieś grodzisko. Obie uznałyśmy, że to będzie doskonała miejscówka na piknik i skierowałyśmy się do tego punktu. To był Las Sołtysowicki, który przypominał bardziej park, tylko, że nieco dzikszy. Zastałyśmy tam wygodne ścieżki, wały i dość sporo wody, króra należała do płynącej tuż obok Widawy. Miejsce zacne i w naszym guście, choć otoczone z wszech stron Wrocławiem, a konkretnie Sołtysowicami, które teraz są dużym osiedlem miejskim leżącym niedaleko Psiego Pola. My jednak wówczas znajdowałyśmy na terenie dawnych, niezależnych od tego miasta Sołtysowic, które istniały wieki temu, a teraz na ich miejscu znajduje się skansen utworzony z końcem lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Wtedy to cały ten wartościowy historycznie teren uporządkowano i zaprojektowano tam sieć scieżek, przy których stoją ławki i wiaty. Bramy wjazdowej do tego lasu strzegą wojowie…
Wszystko to bardzo nas zainteresowało, ale najpierw musiałyśmy zjeść posiłek i co jeszcze ważniejsze – trzeba było nakarmić psa. Rozgościłyśmy się więc w tym lesie na jednej z ławek i rozpakowałyśmy sakwy. Lonek dostał swoje śniadanie i wodę, a my wbiłyśmy zęby w kanapki. Ciekawość jednak nie pozwalała nam na spokojne konsumowanie, bo już po chwili Ines zaczęła szukać w sieci informacji na temat tego miejsca. A wszystko to przez kamień z inskrypcją, niedaleko którego obozowaliśmy. Dowiedziałyśmy się wtedy, że jest to grodzisko średniowieczne, które setki lat temu otoczone było z trzech stron wodami Widawy, czego dowodem jest nadal czytelna w tym terenie wilgotna fosa. W centrum tego założenia obronnego znajdował się (i nadal znajduje) wysoki kopiec o wymiarach na szczycie 9 na 11 metrów, a obok niego usytuowane jest podgrodzie. Grodzisko jest dość duże, gdyż cała jego powierznia to 0,5 hektara.
Średniowieczne Sołtysowice
Osada ta była naprawdę dobrze udokumentowana od roku 1253, kiedy to Sołtysowice pojawiają się na piśmie po raz pierwszy jako Sulchowiz. Od tego czasu pisze się ich historia wraz z zmieniającymi się jej właścicielami. Stąd wiemy, że w roku 1344 pan Konrad Falkenhain sprzedał dobra w tej wsi braciom Pawłowi i Piotrowi Dumlose. Ten czas w dziejach osady jest dla mnie najciekawszy, ponieważ od tej pory bracia będą sukcesywnie wykupywać cały teren osady i ostatecznie, gdy stanie się ona w całości ich własnością, na wysokim kopcu otoczonym fosą wybudują wieżę obronno-mieszkalną, ale nie rycerską, ponieważ Dumlose nie byli szlachcicami w stanie rycerskim ale bogatymi mieszczanami. Co ciekawsze, miejsce to zostało gruntownie przebadane przez archeologów i doczekało się rzetelnego opisu w „Katalogu Zamków i Dworów Obronnych Śląska” przez profesora dr hab. Dominika Nowakowskiego, który jest cenionym historykiem i archeologiem.
W swojej pracy nad tym obiektem autor napisał również, że fosa okalająca kopiec mierzyła od 5 do 12 metrów szerokości i że w jednym miejscu przecinała ją ziemna grobla. Wiem, że zachowała się ona do dziś, bo po niej właśnie przedostaliśmy się na teren kopca. Przy centrum dawnej osady znajdowało się podgrodzie, gdzie mieszkali chłopi i miało ono kształt nieregularnego półowalu. Jego wielkość to 42 na 62 metry. Na koniec autor dodaje, że wszystko to otoczone było (i nadal jest) zewnętrznym wałem wysokim na 3 metry i szerokim na 12 metrów. Była to więc naprawdę imponująca fortyfikacja, godna nawet rycerza.
Dumlose. Najbogatsi w mieście
To właśnie rodzina Dumlose postawiła na rzeczonym kopcu otoczonym fosą wieżę, która stała się ich wiejską rezydencją w Sołtysowicach. Nowakowski bardzo dokładnie opisał ten obiekt. Był to ceglano-drewniany budynek wzniesiony na planie kwadratu o wymiarach 5,8 x 6,35 metra. Ciekawe jest również to, że podczas prac archeologicznych w tym miejscu odkryto również, że po jakimś czasie wieża ta zniknęła a na jej miejscu powstała nowa. Była nieco mniejsza u podstawy, bo mierzyła 5, 2 na 5,2 metra. Wszystko co po niej pozostało to jedynie fundamenty i piwnice, które znajdują się głęboko pod ziemią. Archeolodzy nie wiedzą niestety jaka była przyczyna zniszczenia obu tych średniowiecznych obiektów. Na tym stanowisku znaleziono również ciekawe artefakty: ostogę, kulkę ołowianą, resztki ceramiki, skobel żelazny, kościany grzebień, monety i 6 żelaznych dzwonków. Te skarby to dowody na to, że toczyło się tam zorganizowane życie.
Wspomniani wyżej Dumlose, którzy przybyli do Wrocławia z Legnicy, byli bardzo bogatymi mieszczanami, zarabiającymi na handlu. Ich znaczenie we Wrocławiu było na najwyższym poziomie i trwało nieustannie przez kilkadziesiąt lat. W latach pomiędzy 1344 a 1415 aż pięciu członków tego rodu zasiadało w radzie miasta, a wspominany wyżej Paweł Dumlose był nawet seniorem (czyli „starszym”) tej rady w 1353 roku. Członkowie tej familii mieli nieprawdopodobny talent do robienia pieniędzy. Potrafili celnie inwestować i ubijać świetne interesy, a Wrocław często pożyczał od nich pieniądze, kiedy był w potrzebie.

Drzewo genealogiczne
Wiemy, że w roku 1353 Piotr Dumlose kupił od innego mieszczanina, Piotra Brunonisa 2 łany i 5 mórg w Sołtysowicach, a w 1364 roku pewien zapis w dokumentach pozwala ustalić, że na kopcu, który stanowił najważniejsze miejsce w osadzie znajdowała się wieża, czyli to jest ten czas, kiedy Sołtysowice stanowią w zdecydowanej większości majątek tej rodziny, a murowana wieża jest ich wiejską rezydencją. Tak to zanotowano w pracy Nowakowskiego:„W 1364 Paweł Dumlose z Mikołajem, Franciszkiem i Piotrem, synami Piotra Dumlose, zawarli ugodę w sprawie dóbr z opatem klasztoru św. Wincentego i Cylkiem Rothe; do Pawła i braci Dumlose miał należeć wał dochodzący do dóbr opata i Cylka Rothe; prócz tego otwarte miały być zbudowane przez Pawła Dumlose wały poniżej i powyżej dworu, umożliwiające przepływ wody”
Mamy tu do czynienia z jakimś problemem z przepustem wody, o który najpewniej się sądzono a potem zawarto ugodę. Dzięki temu sporowi sporządzony został zapis prawny tego porozumienia między stronami i stąd wiemy, że rodzina Dumlose w danym roku rezydowała już w swoim dworze na tej sztucznej wyspie i że oprócz Piotra i Pawła, których poznaliśmy na początku, czynnie w interesach rodzinnych brali udział również synowie Piotra Dumlose, których poznaliśmy z imienia (Mikołaj, Franciszek, Piotr). Ciekawostką jest również fakt, że z kolejnego dokumentu z 1390 roku dowiadujemy się, że pewien mieszczanin – Jan Rote odsprzedał opatowi klasztoru św. Wincentego 4 łany majątku w Sołtysowicach. Komu sprzedał tę ziemię? Franciszkowi Dumlose! Synowi Piotra! Był więc on wysoko postawionym duchownym ale biznesy robił całkiem rodzinnie i prywatnie.
17 lat później, jak oznajmiają dokumenty, Mikołaj, jeden z trzech synów Piotra i brat Franciszka opata odkupuje od swoich sióst ich schedę po ojcu, aby scalić majątek w swoich rękach. Dokument ten opowiada dalszą historię rodu, na czele której w tamtym czasie, czyli w roku 1407 stoi właśnie Mikołaj. Z tego źródła dowiadujemy się również, że Piotr miał jeszcze dwie córki: Zofię i Małgorzatę. Ale to nie wszystko, ponieważ udało mi się dotrzeć do jeszcze jednego Dumlose, który chyba najciekawiej zapisał się w dziejach tej rodziny jak rownież samego Wrocławia. Jest to…
Dytwin Dumlose
Próbowałam ustalić, czyim dokładnie był synem, ale niestety nie zachowały się źródła, które by to jednoznacznie potwierdzały. Nie ulega jednak wątpliwości, że należał do tego wpływowego i niezwykle zamożnego rodu, a w ślad za swoimi krewnymi piastował funkcję rajcy miejskiego. Choć dokładna data jego urodzenia nie jest znana, można ją w przybliżeniu ustalić na podstawie momentu, w którym wszedł do wrocławskiej rady miejskiej, czyli w 1382 roku. Zgodnie z ówczesnym prawem i obyczajami, aby zasiadać w radzie i decydować o losach miasta, kandydat musiał być człowiekiem dojrzałym, żonatym oraz posiadającym własny majątek. Młodzi dwudziestolatkowie nie mieli szans na takie stanowisko – rajcami zostawali zazwyczaj mężczyźni w wieku około 30–40 lat. Odejmując ten wiek od roku 1382, można oszacować, że Dytwin urodził się w latach 40. lub na początku lat 50. XIV wieku (pomiędzy 1342 a 1352 rokiem). Wiemy natomiast, że jego życie dobiegło końca w 1405 roku.
Jako zamożny kupiec dalekobieżny, Dytwin był również wpływowym członkiem gildii kupieckiej, organizacji która skupiała najbogatszych ludzi w mieście i miała monopol na hurtowy handel międzynarodowy. W latach 80. i 90. XIV wieku nasz bohater ufundował okazałą, gotycką kaplicę grobową pod wezwaniem św. Wawrzyńca (teraz Najświętszego Sakramentu), dobudowaną do południowej nawy kościoła garnizonowego pod wezwaniem św. Elżbiety we Wrocławiu. Był to obiekt większy i szerszy niż pozostałe kaplice świątyni, co podkreślało potęgę finansową fundatora. Na zwornikach sklepienia kazał on umieścić herby swojego rodu. Żeby mógł osiągnąć ten cel, konieczne było pozwolenie papieskie na taką fundację, które Dytwin otrzymał w roku 1393.

Kaplica grobowa rodziny Dumlose
W miejscu tym spoczął funtator kaplicy, sam Dytwin Dumlose oraz kilku członków jego rodziny. Wiemy prawie na pewno, że byli to: jego bratanek Jan, również kupiec wrocławski i jego żona Anna. W tej sakralnej enklawie ongiś znajdowało się niezwykle cenne dzieło sztuki, które potem przewieziono do Muzeum Narodowego w Warszawie. Były to rzeźby zwane Grupą Ukrzyżowania, które wykonane zostały dla tej rodziny w około 1410 roku. Przedstawiały one Chrystusa na krzyżu, Jana apostoła i Marię.
- Płyta grobowa Dytwina Dumlose (zm. 1405) zachowała się w posadzce, ale jej gotycka inskrypcja oraz rysunek są mocno zatarte. Przez stulecia tysiące ludzi deptało po posadzce kaplicy, co spowodowało naturalne ścieranie piaskowca. Zatarcia dopełniły katastrofy budowlane i pożary kościoła. Rozpoznaje się ją głównie po charakterystycznym kształcie i rodowych elementach heraldycznych.
- Płyta grobowa Jana Dumlose nie posiada czytelnego napisu z imieniem. To, że należała do Jana, jest wyłącznie wnioskiem badaczy na podstawie analizy kontekstu rodzinnego.
- Płyta grobowa Anny Dumlose: Inskrypcja na jej płycie również jest nieczytelna lub zachowana jedynie w szczątkowych fragmentach. Podobnie jak w przypadku Dytwina, sam obiekt figuruje w katalogach jako zidentyfikowany historycznie, ale tekst został niemal całkowicie starty.
Tajemnicze wygaśnięcie rodu
Po roku 1415 rodzina Dumlose znika z dokumentów. Dosłownie cztery lata wcześniej Mikołaj Dumlose, ten o którym czytaliście wyżej przy okazji „Drzewa genealogicznego” scalił cały majątek rodzinny, składający się wówczas z dóbr Kegil, Molnsdorf i Sołtysowice po czym sprzedał wszystko klasztorowi św. Wincentego. Od tamtej pory Dumlosowie powoli rozpływają się w dziejach i stają się niemal niewidoczni. Bardzo prawdopodobne jest, że po prostu wymarli. Tak naprawdę nie ma w tym niczego tajemniczego, ponieważ wystarczyło, że los przestał się do nich uśmiechać i zaczęły rodzić się im tylko córki. Albo byli słabi i nie przetrwali któregoś z ataków zarazy. Mogłoby być też tak, że dzieci owszem, rodziły im się i to nawet chłopcy, ale umierały one zanim dorosły. W średniowieczu takie scenariusze nie były niczym zaskakującym. Klimat ciasnego miasta otoczonego murami nie był najzdrowszy i najbezpieczniejszy do życia, a wiedzieć trzeba, że choć Dumlose posiadali liczne wsie, a wśród nich Sołtysowice z rezydencją, to na co dzień mieszkali we Wrocławiu, gdzie cały czas czuwali nad swoimi interesami. Na prowincję wyjeżdżali tylko wtedy, kiedy była taka potrzeba.
Co jednak stało się z ich grobowcem w kościele św. Elżbiety we Wrocławiu, kiedy wszyscy oni odeszli? Dytwin najwyraźniej przewidział, że coś takiego się wydaży, ponieważ pod koniec swojego życia, najpewniej w obliczu braku bezpośrednich męskich następców sporządził testament. Dysponowanie kaplicą oraz obowiązek dbania o nią przekazał starszym wrocławskiej gildii kupców, gdzie bardzo go poważano. Po całkowitym wygaśnieciu rodu Dumlose zaczęto w niej chować elitę wrocławskich handlarzy, którzy nie byli z nimi pokrewnieni. W czasach nowożytnych w kościele św. Elżbiety panował zwyczaj, że jeśli jakaś rodzina ubożała, wymierała lub gildia potrzebowała pieniędzy, kaplice były odsprzedawane nowym, wschodzącym rodom patrycjuszowskim. Kolejni właściciele remontowali wnętrze i automatycznie zyskiwali prawo do chowania tam swoich bliskich. Pomimo wszystko jest bardzo prawdopodone, że Dytwin i inni członkowie jego rodziny nadal tam spoczywają. Ich kości mogły zostać przesunięte i pomieszane, ale sądzę, że oni nadal tam są. Fundator tego grobowca zadbał o to, aby spoczywać w pokoju na wieki.
Dumlose. „To ci bez kciuków”!
Ten wątek zadecydował ostatecznie, że postanowiłam zająć się tematem tej średniowiecznej osady w Lesie Sołtysowickim. Wszystko zaczęło się tak naprawdę od tego, że odkryłam jak wyglądał herb rodziny Dumlose. Jak już wspominałam wcześniej, znajduje się on w rzeczonej kaplicy grobowej i jest tam widoczny nawet w dwóch wariantach, przy czym oba kartusze usytuowane zostały na zwrotnikach sklepienia, bardzo wysoko na górze. Kiedy pierwszy raz je zobaczyłam, poczułam zaniepokojenie. Było w tym coś przerażającego…
Moim oczom ukazał się obraz przedstawiający dwie odcięte rece. Są one skrzyżowane a dłonie nie posiadają kciuków. Przyznaję, że bardzo mnie to zainteresowało i zaczęłam drążyć temat. Zastanawiałam się o czym opowiada ten mieszczanski herb ale najsampierw dotarłam do bardzo profesjonalnych jego opisów i dowiedziałam się, że herb ten jest przykładem tzw „herbu mówiącego” i że jest on czymś w rodzaju gry słownej albo rebusa, który oparty został na języku niemieckim. Idąc dalej tym tropem ustaliłam, że nazwisko Dumlose (zapisywane dawniej także jako Dumelos, Dumelose lub Thumelose) wywodzi się ze staroniemieckiego określenia oznaczającego dosłownie „pozbawiony kciuka”. Językowe powiązanie wynika z tego, że w dawnym języku niemieckim słowo Daumen (dzisiejszy kciuk) brzmiało blisko formy Dume, natomiast końcówka –lose oznacza brak czegoś (analogicznie do dzisiejszego angielskiego -less). Odbiło się to szeroko w heraldyce i gdy rodzina zyskała status patrycjatu i potrzebowała własnego znaku, postanowiła potraktować swoje nazwisko dosłownie. Umieszczenie w tarczy i klejnocie herbowym skrzyżowanych dłoni pozbawionych kciuków było natychmiastowym, czytelnym dla współczesnych znakiem: „Oto patrzycie na herb rodziny Dumlose! To są ci bez kciuków”. W średniowiecznej Europie, a zwłaszcza wśród nowo bogacącego się mieszczaństwa i patrycjatu, tworzenie takich „mówiących” herbów było niezwykle popularne i uznawane za przejaw błyskotliwości fundatorów.
O herbie mieszczańskim Dumlose
Wychodzi więc na to, że pierwszy członek tego rodu – Paweł Dumlose, przybywszy z Legnicy do Wrocławia założył wrocławską linię i przyniósł ze sobą nazwisko, które pierwotnie było przezwiskiem fizycznym. Czyli, że rzeczywiście praszczur tej rodziny nie miał kciuków w obu dłoniach. Ustalenie tego rozpaliło moją wyobraźnię i od tamtej chwili chciałam koniecznie dowiedzieć się co było tego przyczyną. Pomyślałam, że być może to konsekwencja jakiegoś tragicznego wypadku albo walki, jednak nie wydawało mi się to zbyt prawdopodobne aby człowiek w podobnych okolicznościach tracił palce symetrycznie w obu dłoniach. Zmieniłam więc sposób myślenia i wpadłam na pomysł, że może była to jakaś wada wrodzona?
Oligodaktylia? (mniej niż pięć palców)
Słowo to pochodzi z greki, gdzie oligos oznacza „mało”, a daktylos – „palec”. Oligodaktylia jest wadą wrodzoną i polega na tym, że dziecko rodzi się z nieprawidłową ilością palców zarówno w dłoniach jak i u stóp. Chodzi o to, że palce w ogóle się nie wykształcają i może to dotyczyć każdego z nich, także kciuka.
Hipoplazja kciuka? (niedorozwój kciuka)
To podobna sytuacja ale jednak objawiająca się trochę inaczej, ponieważ w hipoplazji kciuk się wykształca i dziecko rodzi się z nim, ale jest on albo słabszy albo całkiem wiotki i pozbawiony zupełnie funkcji chwytnej. Poprostu zwisa z dłoni bewładnie. I co ciekawe, że zarówno hipoplazja jak i oligodaktylia występują obustonnie, choć rzadko. Nie jest to jednak tak, że podobna wada dotyczy jedynie palców, ponieważ najczęściej jest ona jednym z wielu problemów wchodzących w skład zespołu genetycznego, które sprawiają, że taki człowiek choruje bardziej niż inni co w średniowieczu skutkowało szybkim zejściem śmiertelnym z racji braku pomocy medycznej, która wtedy jeszcze nie radziła sobie z podobnymi przypadkami. A więc jest mało prawdopodobne, aby praprzodek tej rodziny mógł budować fortunę. Poza tym w XIV wieku wada wrodzona rąk – zwłaszcza tak widoczna i obustronna – była często postrzegana przez społeczeństwo z uprzedzeniem (jako „znak kary boskiej” lub zły omen) dlatego osoba z widocznym, obustronnym kalectwem od urodzenia miałaby ogromne trudności z uzyskaniem pełnej akceptacji w elitach, pełnieniem funkcji publicznych i prowadzeniem międzynarodowych interesów handlowych, które wymagały pełnej sprawności fizycznej.
A więc być może kciuki zostały obcięte celowo?
To również jest niewykluczone, ale chyba jednak najmniej prawdopodobne. Dlaczego? Bo gdyby założyć scenariusz, w którym kciuki założyciela rodu zostały celowo odcięte przez kata w ramach średniowiecznej kary sądowniczej, historia patrycjuszowskiej potęgi rodziny Dumlose potoczyłaby się zupełnie inaczej. W realiach XIV-wiecznego świata takie wydarzenie niosłoby za sobą katastrofalne skutki społeczne i prawne, ponieważ nad rodem tym zawisłoby piętno infamii, czyli utraty czci. Takie okaleczenie było karą za fałszowanie dokumentów albo monet lub też za oszustwa handlowe bądź kradzieże. Po wykonaniu wyroku ukarany w ten sposób człowiek pozbawiany był również praw miejskich, co zamykałoby automatycznie jemu i jego rodzinie drogę do jakichkolwiek interesów. Według mnie jest to najważniejszy dowód na to, że kciuków nie odciął kat. Gdyby brak palców był pamiątką po wyroku sądowym i hańbie, rodzina Dumlose za wszelką cenę próbowałaby ten fakt zatuszować przed potomnymi i na pewno nie zamówiliby u rzeźbiarza zwornika, na którym skrzyżowane dłonie bez kciuków są wyeksponowane w centralnym punkcie ich własnej kaplicy grobowej i nie umieściliby tego motywu na pieczęciach, którymi sygnowali oficjalne dokumenty i akty prawne. Uczynienie z tego braku oficjalnego, dumnego „logo” rodowego dobitnie dowodzi, że brak kciuków kojarzył się współczesnym wrocławianom z czymś neutralnym lub wręcz wyjątkowym – jak wypadek przy uczciwej pracy rzemieślniczej, chwalebna rana z bitwy w obronie miasta lub unikalna, wrodzona cecha anatomiczna rodziny, z której potrafili żartować.
No to może teraz z innej beczki: Symbol „czystych rąk”?
W średniowieczu często tak oszukiwano na wadze. Oszust robił to dyskretnie, tak żeby kupujący się nie zorientował. To klasyczny, starożytny trik nieuczciwych kupców. Sprzedawca kładzie towar na szali, a potem ukradkiem przyciska wagę kciukiem, żeby sztucznie zwiększyć ciężar i oszukać klienta. Może stąd pomysł na taki herb z rękami bez kciuków? Dumlose oficjalnie i szeroko obwieścili w świecie kupców, że nigdy nie oszukują i że można im całkowicie zaufać? Że nie mają absolutnie nic do ukrycia! Pokazanie rąk całkowicie pozbawionych kciuków mogło być symboliczną deklaracją: „Nasza rodzina handluje uczciwie!”. Dla rodu budującego imperium finansowe taka deklaracja „czystych rąk” byłaby doskonałą reklamą. Wprawdzie dość ryzykowną, ale jednocześnie genialną. I jeżeli tak zrobili faktycznie, to historia opowiada nam, że to rzeczywiście zadziałało, bo Dumlose ostatecznie stali nie niezwykle bogaci i szanowani.
Jednak pomimo, że drążenie tego wątku było fantastyczną przygodą z historią, to nie udało mi się dociec prawdy. Być może w chwili obecnej jest to już całkowicie niemożliwe? A może kiedyś jeszcze na to wpadnę, kto wie? Ale jedno jest pewne, że ta godzina albo dwie spędzone w Lesie Sołtysowickim, gdzie znalazłam się całkiem przypadkiem, okazały się niezwykle treściwe. Przybyłyśmy tam jedynie po to, aby zjeść śniadanie, a wyjechałyśmy stamtąd przepełnione średniowiecznymi dziejami tego miejsca. Takie buty!
Pozostałe źródła:
https://silesiacum.pl/Kategoria:Fara_el%C5%BCbieta%C5%84ska
https://silesiacum.pl/Herby_mieszczan
Fotografie kaplicy: Stefan Topolewski



























