Lifestyle

Nieustannie wędruję odkąd pamiętam — STARE ZDJĘCIA

Od najmłodszych lat włóczę się po świecie. Jeszcze dobrze nie zaczęłam podnosić głowy, gdy rodzice już podróżowali ze mną w różne zakątki Dolnego Śląska, nad polskie morze, do Włoch i w wiele innych miejsc. Nie było taryfy ulgowej — jako kilkuletnie dziecko wykręcałam już całkiem przyzwoite wyniki na rowerze. Mama zawsze była w drodze, a tato nigdy nie tracił apetytu na doświadczanie nowych wrażeń. Jestem zbitką tych dwóch trudnych charakterów. Po ojcu odziedziczyłam łatwość poruszania się w przestrzeni miejskiej i zdolność radzenia sobie w kryzysowych sytuacjach, a po mamie lekkie pióro i wolnego ducha, który najlepiej odnajdywał się tam, gdzie kończyła się cywilizacja… 

To moja mama. Całkiem możliwe, że w chwili robienia tej fotografii ja nawet nie byłam w planach. Duży fiat w tamtym czasie był mniej więcej tym, czym teraz Bentley zaparkowany przed domem. Moja rodzicielka nigdy nie zrobiła prawa jazdy. Na moje nie musiała — ojciec zawsze był dobrym kierowcą. Pamiętam taką historię, że gdy rodzice za młodu wybrali się na balety do jednej z wrocławskich dyskotek, grupa innych małolatów zastawiła auto taty tak, żeby ten nie mógł wyjechać bez skutków w postaci uszkodzenia lakieru ich samochodów, co byłoby doskonałym pretekstem do wszczęcia bójki. Zapewne poszło o to, że któreś z nich podpadło prowokatorom podczas popisów na parkiecie. Ojciec wsiadł za kółko i kilkoma zręcznymi obrotami kierownicy wydostał się z zasieków bez szwanku. Kiedy odjeżdżali musieli uważać, żeby nie przejechać jednej ze szczęk leżących na parkingu.

A to mój ojciec na tle Klasztoru Cystersów w Lubiążu. Doskonale wiem, w którym miejscu została wykonana ta fotografia. Dziś już nie byłoby szans na uwiecznienie takiego kadru — przez ostatnie dwadzieścia, może trzydzieści lat tamtejsza przyroda stała się bujniejsza i przede wszystkim wyższa. Przeglądając stare zdjęcia trafiłam na takie, gdzie moja mama spaceruje z jamnikiem o imieniu Rocky — że niby ten bokser — po terenie klasztornym w tym samym miejscu. Psiak przyjechał tam z nimi ze Środy Śląskiej na motorze. Nie mam pojęcia jak oni wmontowali tam tego czworonoga, ale trzeba im przyznać, że byli szaleni. A i nietrudno załapać, że Rokuś miał podobnie podróżniczy żywot jak Pan Frutkowski.

nieustanne wędrowanie

Tutaj znowu ja. Tym razem w wózku i ze smoczkiem w buzi. Na moje zdjęcie pstryknięto w Chwalimierzu, w pobliżu stadniny koni, ale mogę się mylić. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat majątek w tej wsi uległ licznym zniszczeniom. Zapanował tam nieład, a większość zabytkowych budynków popadła w ruinę tak wielką, że żadne pieniądze nie wystarczyłyby na to, by podnieść ją z gruzów.



Ten garbus w morskim (a może niebieskim?) kolorze to pierwsza fura rodziców, którą pamiętam. Przejechaliśmy nią całkiem sporo kilometrów. Do dziś mam sentyment do tych samochodów. Choć są one wyjątkowo paliwożerne i w gruncie rzeczy niewygodne, to gdybym miała więcej grajcarów (jak już podróżować w przeszłość to na całego — dziadek nigdy nie miał pieniędzy, grajcarów za to miał pod dostatkiem) to kupiłabym sobie taki wóz choćby po to, żeby ładnie wyglądał w garażu. Oba zdjęcia cyknięte zostały w parku dominialnym na średzkich „Bielanach”. Wówczas tamtejszy pałac był jeszcze całością, w kolejnych latach popadł w ruinę. Kilkukrotnie płonął i został doszczętnie rozgrabiony przez złomiarzy. Myślałam, że jego dni są już policzone, ale wtedy ktoś go pokochał i jeden Bóg wie jak i za ile (grajcarów!) podniósł go z gruzów i wyremontował.

zoo wrocław

Tutaj rodzice zawlekli mnie do Wrocławia, konkretnie do ogrodu zoologicznego. Wtedy teren ZOO był dla mnie tak duży, że nie potrafiłam go schodzić i szybko narzekałam na ból stópek. A teraz nie potrafię wyjść na spacer, żeby nie machnąć 15 kilometrów.

polskie morze

Pewnego dnia mój ojciec wrócił z roboty i stwierdził, że pogoda jest tak ładna, że szkoda marnować czas siedząc w domu. Powiedział do mamy, że ma dwadzieścia minut na spakowanie siebie i mnie (wtedy jeszcze ktoś mnie w tym wyręczał :)), a następnie cała trójka wpakowała się do samochodu (może nawet tego garbusa, pojęcia nie mam) i pojechaliśmy nad morze. Nie będzie tu romantycznego zakończenia — lało bite dwa dni, bez przerwy. Niewykluczone, że to były najgorsze wakacje rodzinne ever.

Tu znów moja matula — tak, to ta sama babka, która dziś w bojówkach i wojskowych kurtkach podbija dolnośląskie urbexy. Dzieciak na zdjęciu to nie ja :) Chciałam się tylko mamą pochwalić :)

To radosne małe dziecko na idiotycznej karuzeli to ja. W wesołym miasteczku we Włoszech, w Bibione albo nieopodal tej miejscowości. Byliśmy w Italii dwukrotnie, za każdym razem ojciec cisnął tam autem, wtedy połączenia lotnicze były drogie, więc pozostawały poza zasięgiem normalnych ludzi.

Mój pierwszy raz w Wenecji. Data wskazuje na to, że fotka została pstryknięta 15 czerwca 1999 roku. W dwa lata później ponownie odwiedziliśmy włoskie miasto zakochanych. Podróżowaliśmy tam z Bibione, autokarem z czeskimi wycieczkowiczami. Było to dokładnie 11 września 2001. W niewielkich telewizorkach podawano w wiadomościach na żywo wydarzenia z Nowego Jorku. World Trade Center z chwili na chwilę stawało się większą ruiną, a moi rodzice ze względu na brak znajomości czeskiego, byli przekonani, że ktoś nakręcił po prostu doskonały film katastroficzny. Wyobrażacie sobie, co znaczyło dla nich być kilka granic od Polski, z małym dzieckiem, gdy świat zamarzł? Nie było komórek, powszechnego dostępu do internetu, ani nawet polskiej telewizji. To musiało być nad wyraz stresujące.

Moja mama i ja na statku, który odpływał prawdopodobnie z Dziwnowa. Ot, rodzinna wycieczka w niedzielnym stylu. To właśnie wtedy odkryłam, że mam chorobę morską.

A tutaj czasy bardziej współczesne — poniższe zdjęcia pochodzą z mojego pierwszego samodzielnego wyjazdu. Miałam jakieś piętnaście lat, gdy niemalże nawiałam z chałupy (nie dlatego, że musiałam, a ze względu na pstro w głowie i postępowanie w zgodzie z powiedzeniem „odmrożę sobie uszy, żeby zrobić na złość babci”) i pojechałam z moim przyjacielem do Pragi. Oczywiście poinformowałam mamę o swoich planach, ale nie czekałam na to, że się zgodzi. Byłam niereformowalnym punkiem, anarchistką i wagabundą na miarę swoich lat. Okres buntu, nie poradzisz.

Ja jedząca tuńczyka w puszce pod Lidlem w Strzegomiu. W jednej z pierwszych podróży autostopowych. Wiek? Około lat szesnastu. Wtedy miałam w nosie to gdzie i jak śpię oraz to, czy będę miała dostęp do bieżącej wody. Taki stan rzeczy utrzymywał się przez kolejnych kilka lat, w których trakcie objechałam połowę Starego Kontynentu, Maroko, Meksyk i Kubę — korzystając głównie z okazji.

Karkonosze — na oko lat 14. Byłam wtedy harcerką i nie rozumiałam, że glany to nieodpowiednie obuwie do chodzenia po górach w lipcowym upale. Odciski i pęcherze na nogach wyleczyły mnie z ówczesnych przekonań. Od czasów tamtej wycieczki bycie zbuntowanym punkiem zostawiałam parę metrów nad poziomem morza niżej.

Póżniej moje podróżnicze hobby rozhulało się na amen. Wyznaczałam sobie kolejne cele na mapie, a potem dojeżdżałam tam autostopem, blablacarem, pociągiem… Nie ważne było jak, ważne było gdzie i z kim. Nie wiem jednak, czy byłabym taką osobą, gdyby nie to, że rodzice od małego wlekli mnie ze sobą po świecie. Może czasem wkurzali, może nie zawsze potrafiliśmy się dogadać, ale w gruncie rzeczy to właśnie ich charaktery ukształtowały mnie taką, jaka jestem. Dlatego też dedykuje ten wpis mamie i tacie.

Tak jakoś wyszło, że naszło mnie na odrobinę prywaty przy sobotnim wieczorze :)

Co o tym sądzisz?

Ekscytujące!
74
OK
33
Kocham to!
38
Nie mam pewności
0
Takie sobie
1
Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments

[…] Niedawno odwiedziłam tatę i znalazłam u niego ogromną torbę ze zdjęciami. Część była w albumach, inne walały się luzem. Jako że odziedziczyłam obsesję archiwizowania wszystkiego i wszystkich po moich rodzicach, zdjęć sprzed mojego pojawienia się na świecie jest kilkaset przynajmniej. Po moim urodzeniu fotki musiały zostać przeniesione do innej torby (bo tyle ich było), a mama i tato zyskali całkiem dużą kolekcję zdjęć, gdzie na pierwszym planie jest moja goła pupa lub przynajmniej pupa w pielusze. Odliczam tylko dni do tego, aż któreś z moich rodziców postanowi zaprezentować „słodką małą Ines” mojemu narzeczonemu. Nawet wymyśliłam już miejsce, gdzie wtedy ucieknę i nie wyjdę stamtąd przez następnych dziesięć lat. Nie powiem Wam jaką miejscówkę mam na myśli, bo co to by była za ucieczka? […]

Kategoria:Lifestyle

0 %