Tajemnice Głębowic. Berta i James de Pourtalès, potomkowie właściciela niewolników
Kiedy pierwszy raz pisałam dla Was o Głębowicach, opowiadałam o tamtejszym klasztorze, który dawniej należał do karmelitów. To niesamowita historia, po której zostało naprawdę sporo, bo przecież sam klasztor, świątynia oraz krypta pod kościołem, gdzie pochowano Adama de Garniera, fundatora tego obiektu. Co ciekawe jego szczątki nadal tam leżą wśród wielu innych trumien zakonników i niedaleko trumny mnicha, którego pochowano żywcem. Rzeczony wpis jakiś czas temu został opublikowany na naszym blogu z obietnicą drugiej części opowieści o Głębowicach. I teraz właśnie nastąpił monet jej wypełnienia. Posłuchajcie…
Zanim jednak zajmę się ruiną pałacu w Głębowicach i kaplicą, gdzie spoczęli jego mieszkańcy, zainteresowanych pierwszą częścią tej historii odsyłam tutaj: Głębowice. Kaplica na grodzisku, klasztor karmelitów i straszne opowieści z krypty. Klikajcie śmiało, bo link otworzy się w osobnej karcie i poczeka, a my idziemy dalej! W wielki park dworski, który dziś wygląda jak busz i gdzie czekają na Was historie, że klękajcie narody!
Pałac w Głębowicach
Jest to bardzo tajemniczy i jednocześnie straszliwie zrujnowany obiekt, który pomimo tego, że znajduje się w stanie agonalnym, nadal wzbudza niesamowite emocje i ściąga do siebie miłośników historii. Teraz to jedynie cień wspaniałej przeszłości Głębowic, jednak w jego murach kryją się dzieje, od których moje policzki płonęły rumieńcami podczas pisania tego opowiadania, tyle w tym wszystkim było zwrotów akcji i emocji!

Teren tego założenia dworskiego to dawny bór i bagna, które poźniej osuszono, wypielęgnowano i stworzono tam prawdziwy 38,5 hektarwy raj na ziemi z dwoma dużymi stawami, gdzie rosły stare dęby i egzotyczne drzewa. Cyprysy, tulipanowce, magnolie i rododendrony. Zanim to się jednak stało, wśród tego podmokłego terenu na niewielkiej wysepce zbudowano fort. Warto wiedzieć, że Głębowice wzmiankowane były na piśmie po raz pierwszy w roku 1369, już jako osada lokowana na prawie niemieckim, ale wcześniej z całą pewnością mieszkała tam ludność polskiego pochodzenia. W tamtych czasach podobna wyspa otoczona bagnami była wymarzonym terenem pod budowę grodziska. Miejsce takie dawało gwarancję bezpieczeństwa, stąd moja niemal stu procentowa pewność, że to właśnie tam, gdzie znajdują się ruiny pałacu Pourtalèsów, kilka wieków wcześniej istniała prosta osada z wieżą obronną, otoczona bagnami i palisadami, która dała początek dzisiejszym Głębowicom.
Pod koniec osiemnastego stulecia osiedlił się tam Gustav von Rödern i wzniósł w tym miejscu rezydencję dla swojej rodziny. Po nim zamieszkali tam Pourtalèsowie, którzy ten pierwszy dom pański rozszerzyli do naprawdę sporych rozmiarów. Obszar po średniowiecznej osadzie trzeba było dobrze przygotować pod taką masywną budowlę, postarano się więc o porządne odwodnienie tego terenu. Pod pałacem znajdowały się drewniane rury, co to za zadanie miały odciągać wodę spod rezydencji aby była ona solidna i stabilna. Miejscówka ta spodobała się tym jaśniepanom, gdyż miała potencjał ogrodowy. Roślinność i woda otaczające to historyczne miejsce, pozwalały na stworzenie cudownego parku, gdzie od stuleci rosły dęby o imponujących rozmiarach. Poza tym sądzę, że oni dobrze wiedzieli czym wcześniej był ten teren, na którym stał ich dom, bo wiedzieć trzeba, że Pourtalèsowie mieli pojęcie o wartości historii i pamiątek po niej.
Rezydncja Pourtalèsów
Pałac po Rödernach, który przejęli Pourtalèsowie został dwukrotnie przebudowny, aż nabrał swojego ostatecznego, właściwego kształtu i trwał w nim do końca II wojny światowej. Był to przeogromny, trzykondygnacyjny budynek, wzniesiony na planie podkowy o kubaturze 2,5 tys. m2. Kiedy w 1945 roku przejęli go czerwonoarmiści, zrobili w nim tak ogomne spustoszenie, że aż cieżko uwierzyć! Dwór znajdował się wówczas w stanie nienaruszonym. Żołnierze rosyjscy wparowali tam jak dzicz i zabawiali się na całego, w swoim stylu. Strzelali do wspaniałych posągów na tarasie, postaciom na wartościowych płótnach nożami przebijali oczy, a kiedy zrobiło się chłodno, wieczorami palili w kominkach obrazami i meblami z pałacu. Nie zniszczyli jednak wszystkiego, gdyż z Głębowic wywieziono bardzo dużo bezcennych skarbów, wybranych po wcześniejszej ocenie przez historyka sztuki, którego czerwonoarmiści mieli u siebie na pokładzie. W pałacu bowiem znajdowała się wspaniała kolekcja dzieł sztuki, która słynęła na terenie całego Dolnego Śląska. Pourtalèsowie przyjmowli w swoich progach najzamożniejszych arystokratów, którzy odwiedzali ich między innymi po to, aby podziwiać te wspaniałości. Było więc z czego wybierać i co kraść!
Pomimo wszystko jednak, żonierze Armi Czerwonej nie spalili rezydencji, tak jak zdarzało im się czynić podczas podobnych akcji w innych miejscach i po ich odejściu pałac nadal stał. Jakiś czas potem miejscowa ludność zaczęła go wykorzystywać. Urządzano w nim zabawy taneczne a później wprowadziło się tam kilka rodzin, aż nadszeł czas na Pańtwowe Gospodarstwo Rolne, które „zaopiekowało” się dawnym majątkiem Pourtalèsów. Wówczas w parku dworskim powstała ferma nutrii. Zarządzający tym przedsięwięciem kierownicy wprowadzili się do dawnej oranżerii, znajdującej się na terenie tej enklwy zieleni, a pracownicy fermy zamieszkali w pałacu. Po latach, kiedy PGR upadł, obiekt ten wraz z otaczającym go parkiem został sprzedany i zamieszkujący w mim ludzie musieli się z niego wyprowadzić. Nowy właściciel nie remontował obiektu i pałac szybko zaczął popadać w ruinę. W latach 90 ubiegłego wieku dawna rezydencja Pourtalèsów znowu poszła pod młotek i zmieniła właściciela, który szybko się nią znudził. Dwór ponownie został sprzedany, a więc ma prawnego właściciela. On jednak chyba dawno tam nie zaglądał…
Założenie pałacowo-parkowe
Kiedy przybyłam do tego magicznego miejsca z moją przyjacióką Renią i psem Lonkiem, było lato i park wyglądał jak dżungla. Ruiny pałacu w niczym nie są gorsze od Angkor Wat w Kambodży. Porośnięte gęsto samosiejkami i bluszczem oraz innymi dzikimi pnączami były nieziemsko zjawiskowe. Dwór znajduje się w opłakanym stanie i ja nie widzę już dla niego ratunku. Podniesienie go z tej ruiny wydaje się być niemożliwe, jednak obiet ten znajduje się w rejestrze zabytów. Teraz to już problem jego obecnego właściciela, ale widać gołym okiem, że ma on z tym ogromny kłopot, bo nie wygląda, żeby była u niego kasa na remontowanie, skoro zabrakło jej na zabezpieczenie majątku, a zburzyć nie wolno. Sądzę, że kres tej historii nastąpi samoistnie, kiedy zabytek sam się po prostu zwali.
Teraz nie ma tam już salonów, są jedynie ściany niemal całkiem bez dachu. Jedynymi zadaszonymi pomieszczeniami są piwnice. Wysokie, przestronne i ciemne. Bardzo niebezpieczne do eksplorowania. Pałac jest w tak złym stanie technicznym, że nigdy nie wiadomo, kiedy się zawali. W każdej chwii ściany mogą runąć, a wiadomo, bo wcześniej o tym pisałam, że stoi on na podmokłym terenie, a jego drenaże już od dawna nie funkcjonują. Jeżeli więc kiedyś odwiedzicie to miejsce, trzymajcie się na dystans i nie wchodźcie do jego podziemi. Nie zbliżajcie się też do jego ścian, zwłaszcza po silnych wichurach.
Ja oczywiście weszłam wszędzie, gdzie tylko się dało. Byłam w piwniacach i nawet w salonie, gdzie widziałam nisze w ścianach, w których kiedyś stały niezwykle cenne dzieła sztuki: posągi z Italii. Lonek chodził za mną krok w krok. Nie bał się niczego. Ten pies powoli staje się jak Frutek. Wszystko go interesowało, wszędzie chciał wetknąć nos i wąchać. On nie ma w sobie lęku, bo obserwuje, że ja, jego Madka, idę w te gruzy i chaszcze, a więc nie widzi w tym zagrożenia. Tylko Renia była rozsądna i co chwilę ściągała mnie na ziemię, przypominając, że to co robię, jest niebezpieczne.
Jednak pomimo tego, że pałac był ogromny i jego ruiny zajmują naprawdę mnóstwo miejsca, to dostęp do jego wnętrz jest bardzo mocno ograniczony. Żeby wejść w jego zakamarki, musiałabym przeciskać się z latarką przez małe okienka, wyrastające ze zrujnowanych stropów. Ale powiem Wam, że wyglądało to tak słabo, że chyba nie miałabym odwagi. Ten dawny pański dom naprawdę ledwie się kupy trzyma.
Rodzina Pourtalèsów
Ciężko było tam również o zrobienie porządnego archiwum. Obiekt stał się niefotogeniczny głównie dlatego, że stoi wśród gęstych krzaków i w sumie nie było dobrego miejsca, aby ująć go w kadrze. Ta pora roku niestety nie sprzyjała tej sesji zdjęciowej, jednak wrażeń nikt mi nie odbierze. Obejrzałam zabytek z każdej możliwej strony i napawałam się jego dziejami, a są one naprawdę niesamowite. Losy rodziny Pourtalèsów mogłyby posłużyć jako scenariusz to filmu przygodowego, tyle w nich zwrotów akcji i ciekwych wątków. Zacznę od tego, kto mieszkał w tym pałacu, bo w każdej historii najważniejsi są ludzie, a jaśniepaństwo z Głębowic mają nam sporo do opowiedzenia.

Sporo czasu zajął mi research w sprawie dziejów tej rodziny szlacheckiej, ale w tym momencie jestem zadowolona ze swojej pracy, ponieważ udało mi się ustalić naprawdę sporo szczegółów na ich temat. Zbieranie tych informacji było wielką przygodą i sprawiało mi dużo frajdy, zwłaszcza że osiągałam w tym sukcesy. Najsampierw opowiem Wam o tym, co zastałam w kaplicy dworskiej, która znajduje się w parku niedaleko dworu. W lini prostej te dwa obiety dzieli nie więcej niż 150 metrów. W jej wnętrzu znajduje się krypta, a w niej zbeszczeszczone szczątki pochowanych tam Pourtalèsów. To co widać gołym okiem, ponieważ w grobowcu do dziś leżą dwie ogromne płyty nagrobne z imionami zmarłych, nie jest trudne do zweryfikowania, jednak we wnętrzu mauzoleum spoczywa więcej osób i tego już z tych płyt nie da sie przeczytać.
Kaplica dworska
Ten sakralny obiekt, podobnie jak pałac został potraktowany w sposób skandaliczny. Wszystko tam zostało zdewastowane. Zmarłych sponiewierano a wnętrze zabytku ogołocono. Ten mały kościółek przeznaczony był jedynie dla jaśniepaństwa. Nie mieli tam wstępu zwyczajni mieszkańcy Głębowic. Obiekt wzniesiono na terenie prywatnym Pourtalèsów, gdzie ich ukochani zmarli mogli spoczywać w spokoju. Jednak kiedy skończyła się wojna i czerwonoarmiści weszli do tej miescowości, rujnowali wszystko, co napotkali na swojej drodze. Kaplicy również nie oszczędzili. Potem nie było lepiej, gdyż przez długie lata każdy mógł zajrzeć do krypty i zobaczyć pływające w wodzie fragmenty trumień i kości. Dopiero niedawno to się zmieniło i grobowiec zabezpieczono.
W pomieszczeniu, które widzicie na fotografii wyżej, przed II wojną światową wisiało mnóstwo obrazów olejnych przedstawiających pochowanych tam ludzi. Ściany pomalowane były w kolorowe wzory i widniały na nich cytaty z bibli. Rzeczonych płócien już nikt nigdy nie zobaczy, ale niektóre z napisów nadal są czytelne. Pomieszczenie to jest naprawdę ogromne. W dawnej podłodze widać miejsca z wybrzuszeniami. Zapewne kopano tam w poszukiwaniu skarbów.
Przebywanie w tym obiekcie jest naprawdę niebezpieczne, bo dach dosłownie wali się na głowę. Nie polecam nikomu eksplorowania kaplicy w Głębowicach, gdyż grozi to utratą zdrowia i życia. To nie są żarty, stanu technicznego tej budowli nikt nie monitoruje, a więc w każdej chwili może wydarzyć się coś całkowicie nieprzewidywalnego. Na mnie nie patrzcie, bo ja jestem niereformowalna i żaden ze mnie przykład dla Was!
Ja jednak nie mogłam się powstrzymać i weszłam wszędzie, gdzie tylko się dało i żeby tego było mało, namówiłam Renię, żeby poszła ze mną, choć nie miała ona w planie zwiedzania mauzoleum tak dogłębnie. Powiedziałam wtedy do niej: Reniu, no coś ty! Wejdź i zobacz jak to wygląda w środku! Tu jest krypta i są epitafia. Jeżeli tego nie zrobisz, będziesz żałować! I ona poszła w moje ślady. Nie jestem z tego dumna, ale widać było, że jej się podobało, bo ten budynek naprawdę nadal robi ogromne wrażenie, tym bardziej że z wszech stron otacza go gęsta roślinność, co sprawia, że latem ciężko dojrzeć go ze ścieżki, która do niego prowadzi.
Kiedy zrobiłam już archiwum fotograficzne, potrzebne mi do tego materiału blogowego, wyszłyśmy wszyscy troje z kaplicy, bo oczywiście Lonek również zwiedzał to wnętrze. Tuż obok namierzyłam schody, które prowadziły w górę do niewielkiej przybudówki. Wejście było trudne, gdyż od bardzo wielu lat na schody padają liście, przez co podejście stało się tam niebezpieczne, bo śliskie. Jednak ani przez chwilę nie wątpiłam, że chcę zobaczyć co jest wyżej. Zaczęłam się tam wspinać, a za mną poszła Renia i pies. Po chwili wszyscy byliśmy w tych pomieszczeniach…
Panował tam mrok. Nad naszymi głowami wisiał całkiekm dziurawy sufit. Wiedziałam, że krypta od lat była zalewana, a woda najpewniej spływała do niej z nieszczelnego dachu. To była niesamowita chwila, gdyż wtedy jeszcze nie wiedziałam, co tam zastanę. Byłam w tym miejscu po raz pierwszy w życiu i czułam dreszcz emocji. Przeżywam podobne rzeczy od bardzo dawna, gdyż niejedno już widziałam w moim Nieustannym Wędrowaniu, a jednak za każdym razem czuję się tak, jakby to była moja pierwsza wyprawa na urbex. Znaczy się, że jeszcze się nie wypaliłam.
Mauzoleum
Z przedsionka weszłam do krypty. Jednak to nie jest taki grobowiec, jak być może sobie wyobrażacie, że schodzi się w dół do podziemi. Komora grobowa znajdowała się pod naszymi stopami, czyli pod podłogą i od każdej możliwej strony teraz jest niedostępna, gdyż wszystkie wejścia do niej zostały zamurowane. Nie widać już pływających w wodzie kości i czaszek. I dobrze! Bo to było naprawdę upiorne. Na miejscu zastaliśmy dwie płyty nagrobne z inskrypchami. Obie wykonane z niebieskiego marmuru. Jedna z nich jest rozbita. Dlaczego nadal tam są i nikt ich nie zabrał, żeby wykorzystać wtórnie albo sprzedać? Odpowiedź jest prosta. Są one bardzo duże i bardzo ciężkie, a złodzieje mało pomysłowi i leniwi najwyraźniej.
Te płyty to prawdziwy skarb historyczny, gdyż dzięki nim możemy dowiedzieć się bardzo wielu szczegółów dotyczących członkow rodu Pourtalèsów, oczywiście tych mieszkających w Głębowicach. Znajdują się na nich imiona i nazwiska ważne dla mojej opowieści, jednak w tym grobowcu spoczęło więcej dusz, niż tylko ta czwórka zmarłych, o których można tam przeczytać. Nadszedł już czas, aby Wam o nich opowiedzieć.

Carl i Agnes von Pourtalès
Inskrypcja po lewej dotyczy pana Carla de Pourtalèsa i brzmi następująco: Carl Hrabia von Pourtalès urodzony dnia 5 maja 1816. Zmarł dnia 29 września 1871. „I usłyszałem głos z nieba mówiący do mnie: Napisz: Błogosławieni są odtąd umarli, którzy w Panu umierają. Tak, mówi Duch, aby odpoczęli od swoich trudów; ich czyny bowiem idą za nimi„
Apokalipsa św. Jana 14,13.
Carl był arystokratą, pruskim dyplomatą piastującym wysokie stanowiska, właścicielem majątku ziemskiego w Głębowicach i mężem Agnes. Jego rodzicami byli hrabia Jamesa Alexandre’a de Pourtalès-Gorgier i Anne Henriette Falconnet de Palezieux. Dobra głębowickie kupił od von Rödernów i od tamtej pory stały się one oficjalnie siedzibą tej linii rodu.
Natomiast inskrypcja po prawej stronie dotyczy pani Agnes von Wylich und Lottum, żony Carla i brzmi: Agnes Hrabina von Pourtalès
z domu Hrabianka von Wylich und Lottum urodzona dnia 25 września 1830. Zmarła dnia 7 maja 1909. „Miłość nie szuka swego
Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje„.
1 List do Koryntian 13.
Agnes była córką magnata Hermanna Friedricha von Wylich und Lottum oraz Klothilde von Putbus. Za Carla wyszła 17 kwitnia 1849 roku. Ślub odbył się w Berlinie. Para ta, choć bardzo majętna i pławiąca się w luksusie nie miała łatwo w życiu rodzinnym. Agnes i Carl doczekali się czwórki dzieci. Ich pierworodnym był Max de Pourtalès, który urodził się w roku 1850 i zmarł w 1868 przeżywszy zaledwie 18 lat. To musiała być starwszna tragedia dla jego rodziców. Drugim ich synem był James Malte de Pourtalès urodzony w 1853, a zmarły 1908. Nastepny urodził się Hans Maurice Malte de Pourtalès. Na świat przyszedł w 1857 roku, a odszedł z niego w 1865 mając tylko 8 lat. Ostatnim dzieckiem tej pary była córeczka Anna Augusta de Pourtalès urodzona w 1868 roku. Żyła zaledwie jeden rok. W mauzoleum w Głębowicach pochowano ich wszystkich. I rodziców i ich potomstwo, z którego jedyny James Malte de Pourtalès przeżył dzieciństwo, patrzył jak umierało jego rodzeństwo, osiągnął wieki męski i odziedziczył majątek.
James i Berta von Pourtalès
Inskrypcja dotycząca Jamesa brzmi: James Hrabia von Pourtalès ur. dnia 1 lipca 1853, zm. dnia 14 lutego 1908. „W dobrym zawodzie wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem„. (2 List do Tymoteusza, Rozdział 4, Werset 7) „Nie zatrzymujcie mnie, skoro Pan dał powodzenie mojej podróży. Pozwólcie mi odejść, abym udał się do mojego Pana”.
(1 Księga Mojżeszowa / Księga Rodzaju, Rozdział 24, Werset 56)
James był jedynym dzieckiem Carla i Agnes, któremu udało się przeżyć, osiągnąć dojrzałość, przejąć obowiązki rodzinne i ożenić się. Jego wybranką była Berta, z którą ożenił się 25 sierpnia 1886 roku.
Inskypcja na płycie grobowej Berty: Bertha Hrabina von Pourtalès domu Hrabina von Pourtalès. Urodzona dnia 7 lipca 1852, zmarła dnia 16 lipca 1905. „Ukochany mój odzywa się i mówi do mnie: Powstań, przyjaciółko moja, piękna moja, i pójdź! Bo oto minęła już zima, deszcz ustał i przeszedł. Na ziemi jawią się kwiaty, nadeszła wiosna i ptaki śpiewają w naszej krainie” (Pieśń nad Pieśniami Salomona, Rozdział 2, Wersety 10–12). Bertę drobiazgowo opisuje jej epitafium, gdzie dokładnie napisano, że pochodziła ona z domu Pourtalèsów i wydała się za Pourtalèsa, czyli za swojego bliskiego kuzyna. Nie był to jednak jej pierwszy mąż…
Para ta małżeńska pierwotnie spoczęła obok siebie w rodzinnym mauzoleum zlokalizowanym w kaplicy dworskiej w parku w Głębowicach. Napisałam pierwotnie, ponieważ poźniej, gdy grobowiec sprofanowano, wszystkie kości i trumny zostały pomieszane i przez wiele lat pływały w wodzie. Losy Berty i Jamesa to prawdziwa historia miłosna. Jednak nie od razu dostrzegłam w nich to wielkie uczucie. Stało się to dopiero po kilku dniach drążenia tego tematu i poszukiwania faktów z ich życia. Gdy ostatecznie dotarłam do momentu, w którym uznałam, że wyłowiłam już wszystko co jest dostępne na ich temat we wszystkich źródłach, z których korzystałam, doszło do mnie, że ci dwoje byli w sobie prawdziwie zakochani.
Prawdziwie zakochani
Rzeczywiście wiele na to wskazuje, że Berta i James pobrali się z miłości, gdyż ich związek był tylko i wyłącznie ich własnym wyborem. Nie zmusiła ich do tego rodzina i nie podlegał on żadnym wzajemnym korzyściom, gdyż oboje małżonkowie posiadali własne, duże pieniądze. Jednak nie do końca było tak sielankowo, ponieważ nad miłością tą gromadziły się także ciemne chmury. W czasie, kiedy James żenił się z Bertą, żyła jeszcze jego matka Agnes i choć nie dotrałam do informacji o tym, że być może stała ona w opozycji do tego zwiazku, to nie jest to wykluczone. Dlaczego? Ponieważ Berta nie była szablonową narzeczoną co to wychodziła za mąż w białej sukni i w welonie. Była rozwódką i matką dwojga dzieci, która dosłownie uciekła od swojego męża. Po tym wydarzeniu wybuchł skandal nad skandale!
Berta uchodziła za niezwykle urodziwą i bardzo dystyngowaną. Promieniowała wdziękiem. Miała jasną cerę i bardzo delikatne rysy twarzy, które otaczały cudne złote loki. Zawsze potrafiła pięknie się zaprezentować, przez co postrzegano ją jako celebrytkę wzbudzającą zachwyty. Kochał się w niej na zabój słynny w tamtych czasach kreator mody Charles Frederick Worth, który nazywał ją swoją muzą. Żyła na własnych zasadach. Nosiła suknie dopasowane do ciała, które mocno pokreślały jej szczupłą i zgrabną sylwetkę i dużo podróżowała po świecie. Nie tylko po Europie, bo również wielkokrotnie wyruszała za ocean do Ameryki. Kiedy skończyła 19 lat wyszła za mąż za dużo starszego od siebie Sebastiana Bonsona Schlezingra, który był dyplomatą, przedsiębiorcą i słynnym w tamtym czasie kompozytorem. Ślub odbył się w Bostonie 14 września 1871 roku. Tam też nowożeńcy zamieszkali, przy Marlborough Street 79.
Berta była jednak w tym małżeństwie bardzo nieszczęśliwa, pomimo, że wiodła ciekawe życie, obracając się w wyższych sferach artystycznych i towarzyskich po obu stronach Oceanu Atlantyckiego. Oczywiście nie stanowiła w tej kwesti żadnego wyjątku, bo przecież wiele zamożnych matron męczyło się w swoich wystawnych domach z bogatymi mężami, którzy ich mierzili. Jej wyjątkowość objawiała się jednak w reakcji na te okoliczności, bo hrabina po kikunastu latach pożycia z Sebastianem Schlesingerem, postanowia go porzucić pomimo, że miała z nim córki. Zanim to się jednak stało, przez długi czas utrzymywała bliskie i przyjacielskie relacje ze swoim kuzynem Jamesem de Pourtalèsem, jedynym dzieckiem Carla i Agnes, które nie umarło w dzieciństwie. Ich zażyłość wzbudzała sensację, gdyż nie ukrywali oni przed światem wzajemnej fascynacji. Dlatego o nich plotkowano i początkowo bardzo źle patrzono na Bertę. Ona jednak była nieustraszona, dlatego kiedy zadecydowała, że opuści męża, udała się do swojego brata Louisa de Pourtalèsa, który mieszkał niedaleko Colorado Springs. Niedługo potem, w maju 1886 roku Berta oficjalnie została rozwódką i dwa lata później poślubiła Jamesa. Uroczytość ta miała miejsce w Nowym Jorku.
Zakochany hrabia
Zanim jednak zakochani sfinalizowali swój związek na ślubnym kobiercu, był czas zalotów i miłosnego uniesienia. Kiedy Berta wyprowadziła się do swojego brata Louisa, James był w Europie i na wieść o tym, co się stało, natychmiast wyruszył za ocean do swojej ukochanej. Szukał jej i nie ukrywał, że pragnie się oficjalnie oświadczyć. W tym czasie zakupił w Kolorado farmę mleczną, żeby rozkręcić tam biznes, ale tak naprawdę po to, aby być blisko Berty i móc ją często odwiedzać pod preteksetm bycia w pobliżu swojej farmy w celu jej doglądania. Z czasem zaczął inwestować w ziemię, którą planował opłacalnie zagospodarować, budując na niej kurort i kasyno. Teraz jest to Broadmoor, bardzo bogata dzielnica Colorado Springs. James de Pourtalès był wprawdzie zakochany, ale miał również inne poważne problemy. Jego majątek w Głębowicach tonął w długach i hrabiemu pieniądze były bardzo potrzebne, aby go uwolnić od roszczeń bankowych. Musiał więc nieustannie kombinować, jak dobrze zainwestować, żeby zarobić duże pieniądze. W roku 1890 hrabia założył spółkę wraz Willim Wilcoxem o nazwie The Broadmoor Land and Investment Company i zaczął realizować swoje plany. Wybudował kasyno i sztuczne jezioro u stóp Cheyenne Mountain. Następnie zabrał się za wznoszenie hotelu i wtedy stała się tragedia. Kasyno spłonęło i został z niego jedynie popiół. Wtedy James zaliczył totalną katastrofę finansową i musiał za bezcen sprzedać cały ten teren, żeby odzyskać choć część swoich pieniędzy.
To był dla niego bardzo trudny czas, który dzielił z Bertą. Często razem wyjeżali na jednodniowe wycieczki po okolicy. Kiedyś, podczas takiej właśnie wspólnej wyprawy, będąc w Green Mountain Falls majową porą, James miał okazję zaprezentować się swojej ukochanej jako super bohater. To był bardzo piękny teren z jeziorem i wodospadami i akurat otwierano tam ekskluzywny, rozrywkowy hotel. Wydarzenie to ściągnęło wielu zainteresowanych z tej okolicy, a więc były tam tłumy. Każdy chciał zobaczyć Green Mountain Falls Hotel z konfortowymi i przestronnymi pokojami, których było aż 70. Hrabiowie James i Berta spacerowali przy brzegu jeziora, po którym w łódce pływał Finando Elliott Dow, burmistrz Colorado Springs i prezes spółki Green Mountain Falls Town & Improvement Company. Dow przebywał w łodzi razem z rodziną. W pewnej chwili zupełnie niespodziewanie wszyscy pasażerowie tego rejsu wpadli do wody. Burmistrz próbował ratować sytuację, ale nie dawał rady i wtedy hrabia Pourtalès wkroczył do akcji. Niewiele myśląc wskoczył do wody i podpłynął do rozbitków ratując ich z opresji.
I choć potem mówiono o tym wydarzeniu z szyderstwem, że jezioro to w najgłębszym miejscu miało tylko kilka stóp gębokości, to nasz hrabia bardzo na tym zyskał w ludzkich oczach i zasłynął w tamtych stronach jako bohater. Niedługo potem nawiązał on bardzo ciekawe przyjaźnie z wpływowymi i bogatymi ludźmi, którzy pompowali pieniądze w kopalnie złota. W ich towarzystwie Pourtalès zainwestował po raz kolejny, tym razem w Buena Vista. Włożył w to przedsięwięcie 80 000 dolarów. Wieści o tym, że pruski bogacz kupił kopalnię w Cripple Creek w Kolorado niosły się po świecie i sprawiały, że gorączka złota ogarniała coraz wiecej ludzi. Mała dziura w ziemi z czasem stała się ogromna, aż ostatecznie zmieniała się w słynną kopalnię złota zwaną „Isabellą„, która przyniosła Jamesowi ogromne pieniądze i uratowała Głębowice przed wierzycielami.
Berta de Pourtalès, potomkini właściciela niewoloników
Podczas realizacji tych biznesów, kiedy hrabia Pourtalès raz był na wozie a raz pod wozem, Berta wyszła za niego i trwała przy nim nieustannie aż do śmierci. Oczywiście nie zawsze byli razem, gdyż oboje dużo podróżowali również solo. On w interesach, a ona w celach shoppingowych i wypoczynkowych. Wydaje się, że ci dwoje rozumieli się doskonale, bo żadne z nich nigdy nie wystąpiło o rozwód, choć dużo czasu spędzali poza domem. To życie obieżyświatów najwyraźniej im służyło. Nie krępowli się wzajemnie i ciasno małżeńskimi węzłami, tylko pozwalali sobie na swobodne życie. Myślę też, że byli również partnerami biznesowymi. Podejrzewam, że żona hrabiego również lokowała swoje prywatne pieniądze w kopalnie złota i inne przedsiewzięcia, które utrzymywały ich na wysokim poziomie życia. Skąd takie przypuszczenia? James miewał problemy i dużo tracił, a jednak nadal inwestował. Wydaje się, że wszystko co osiągnęli, było ich wspólnym wysiłkiem. Berta pochodziła z bardzo bogatej rodziny co czyniło ją niezależną finansowo i nie ma co do tego najmniejszej wątpliwości. Była ona córką słynnego szwajcarskiego naukowca Louisa-Françoisa de Pourtalèsa, który zajmował się przyrodą i był kustoszem Muzeum Zoologii Porównawczej na Uniwersytecie Harvarda.
Jest to bardzo ciekawa postać. Ojciec naszej Berty również był obrzydliwie majętny i nie musiał martwić się o pieniądze, bo odziedziczył fortunę po swoim rodzicielu. Środki te pozwalały mu na robienie kariery naukowej. Zasłynął jako ekpertert w dziedzinach zoologii, matematyki i fizyki. Uczył się od Louisa Agassiza, geologa, biologa i uznanego znawcy historii naturalnej. To właśnie z nim wyruszył na swoją pierwszą naukową wyprawę lodowcową w Alpy, a potem za nim pojechał do Stanów. Tam za oceanem realizował swoją wielką pasję i skupił się na głębinach morskich, które badał jako pionier, a z czasem stał się autorytetem w dziedzinie zoologii morskiej. W roku 1871 Louis de Pourtalès opublikował swoje słynne dzieło pod tytułem „ Głębokie koralowce morskie”. Zmarł w 1880 roku i do dziś nie wiadomo co się wydarzyło. Nie został zdiagnozowany. Za przyczynę śmierci podano nieznaną wewnętrzną chorobę.
Z kolei ojcem Louisa-Françoisa de Pourtalèsa był Louis Auguste de Pourtalès. Zaś ojcem Louisa Augusta był Louis de Pourtalès, który był synem Jacquesa-Louisa de Pourtalèsa, właściciela czarnoskórych niewolników…
Jacques-Louis de Pourtalès
Był więc pra pradziadkiem Berty i również jest on bardzo ciekawą personą, choć co prawda trochę obrzydliwą. Urodził się w 1722 roku w Szwajcarii. Oficjanie dorobił się na tekstyliach. Prowadził międzynarodowy handel kolorowymi, bawełnianymi tkaninami, a jego fabryki znajdowały się na terenie całej Europy. Drugim wielkim źrodłem jego dochodów były plantacje: cukru, kawy, kakao i bawełny na Karaibach. Przez ćwierć wieku był ich właścicielem i panem setek czarnoskórych niewolników, którzy u niego pracowali. Jego działalności uczyniły go jednym z najbogatszych ludzi w Europie w czasach, kiedy żył.
Swoją darmową siłę roboczą po prostu kupował. Raczej nie osobiście, ale poprzez swoich współpracowników zarządzających jego plantacjami. Śmiertelność wśród niewolników była ogromna, gdyż zabijała ich zaraza, żyli w straszliwycyh warunkach a praca była mordercza, ale pra pradziadek Berty miał to gdzieś, bo dla niego liczyły się tylko zyski. Wśród setek przymusowych pracowników były również dzieci. Rodziły się tam po prostu w tym piekle i często przedwcześnie umierały. Kiedy brakowało rąk do pracy, bardzo szybko uzupełniano braki. Niewolnicy nie kosztowali dużo, a więc można było ich wymieniać nie odczuwając strat. Kupowano ich na sztuki. Szczepić przeciwko ospie prawdziwej zaczęto dopiero wtedy, kiedy ich cena znacznie wzrosła, wówczas Jacques-Louis uznał, że bardziej opłaca mu się zainwestować w szczepionki niż w kolejne „sztuki” niewolników. Ospa zbierała żniwo i generowała straty, a na to nie można było sobie pozwolić. Jednak ci nieszcześliwi ludzie i tak umierali. Z wyczerpania albo od batów brutalnych i rygorystycznych zarządców. Na plantacjach ustalano normy i biada temu, kto ich nie wyrabiał. Nie było litości!
W pewnym momencie Jacques-Louis wprowadził do biznesu swojego syna Louisa de Pourtalèsa, pradziadka Berty, którego postanowił wyrwać z wygodnych salonów aby mógł się on wykazać. Chciał zapewne przysposobić go do zarządzania ich fortuną po jego śmierci. To miała być jego misja zaprowadzenia porządku na plantacjach i przypilnowanie szczepień w celu ratowania rodzinnego majątku przed stratami. Jednak on, choć próbował, to nie dawał rady i szybko zrezygnował z pomocy swojemu ojcu. Poziom okrucieństwa na plantacjach był dla niego nie do przerobienia i prawdziwie go obrzydzał. Niedługo brał udział w kupowaniu niewolników i ich szczepieniu, bo chyba tylko z rok. Nie był w stanie patrzeć na nigdy nie kończące się ludzkie cierpienie i śmierć. Obawiał się też, że zarazi się tropikialną chorobą i umrze, dlatego bardzo szybko powrócił z Grenady do Szwajcarii i całkowicie odciął się od swojej misji bezpośredniego nadzoru nad robotnikami przymusowymi swojego bezwzględnego ojca. Poza tym jednak nic więcej się nie zmieniło, bo czarnoskórzy niewolnicy nadal pracowali na jego dostatnie życie, w którym mógł realizować się w swoich pasjach i robić karierę wojskową nie martwiąc się o pieniądze. Podobnie było z jego synem Louisem Augustem de Pourtalèsem, który poszedł w ślady ojca i również był żołnierzem. On także nie zamartwiał się o fundusze, tylko korzystał z rodzinnej fortuny zbudowanej przez swojego przodka. Kolejnym czerpiącym z tej studni bez dna był ojciec Berty, słynny naukowiec, którego przedstawiłam Wam już wcześniej. Ani on, ani jego córka Berta nie byli właścicielami niewolników, ale pławili się w luksusach wypracowanych w odległej przeszłości ich czarymi rękami. Dzięki temu żona Jamesa z Głębowic mogła wraz z mężem inwestować w kopalnie złota i korzystać z życia nawet wówczas, kiedy fortuna im nie sprzyjała. Czy im to przeszkadzało? Czy kiedykolwiek zastanawiali się nad tym?
James de de Pourtalès. Potomek właściciela niewolników
Myślicie, że to już koniec niespodzianek? Nic z tego! Bo małżonek Berty, James de Pourtalès również był obciążony straszną histiorią o niewolnikach, ale nie mówiłam Wam o tym wcześniej uznając, że pogubicie się w tym wszystkim, jeżeli nie rozdzielę tych dwóch wątków. Teraz jednak mogę już wyjawić całą prawdę o hrabim z Głębowic i wyjaśnić w czym rzecz. Wiecie już, że James i Berta byli kuzynami. Konkretnie rodzeństwem stryjecznym drugiego stopnia. Dlaczego tak było? Ponieważ Jacques-Louis de Pourtalès, ten który zbudowal fortunę rodzinną na niewolonictwie był również pra pradziadkiem Jamesa. Jacques-Louis oprócz syna Luisa, którego wysłał z szczepionkami na plantacje miał jeszcze drugiego potomka Alexandra, a on z kolei był ojcem Carla, tego co się ożenił z Agnes i który spoczywa w krypcie w parku w Głębowicach. Był on ojcem Jamesa, męża Berty. Tak więc sumując: ich pradziadkowie byli rodzonymi braćmi. Takie buty! Kto się połapał w tym wszystkim, niechaj da znać komentarzu!
Oranżeria w parku dworskim
W dawnym parku dworskim w Głębowicach, oprócz opisanych wcześniej pałacu i kaplicy z mauzoleum znajduje się również oranżeria, a konkretnie to już ruiny po niej. Obiekt to był naprawdę wspaniały i o niezwykłej sylwetce, ale niestety nie poszanowany i dzisiaj zrujnowany. Kiedy przybyłam tam w celu namierzenia dziejów rodziny Pourtalèsów, był to mój pierwszy raz w Głębowicach, a więc wszystkie te obiekty musiałam odnaleźć. Nie było to jednak łatwe, ponieważ pora letnia nie sprzyja podobnym eksploracjom.
Żeby dotrzeć do tego tajemniczego miejsca musieliśmy przedzierać się przez zarośniety park dworski, walczyć z kleszczami i komarami. Busz tam jest nieziemski, ale warto było się trudzić. Do ruin oranżerii nie prowadzi już żadna droga. Żeby tan dotrzeć, należy zmierzyć się z naturą.
Ten budynek zapewniał jaśniepaństwu odrobinę egzoryki w tej dolnośląskiej wsi. W oranżerii dojrzewały pomarańcze i mandarynki oraz kwitły kwiaty o każdej porze roku. To była wspaniała miejscówka w baśniowym parku dworskim Pourtalèsów. Natomiast dzisiaj to naprawdę zacny urbex będący w stanie agonalnym i trwającym nadal tylko dlatego, że wpisano go na listę zabytków wraz z dworem i kaplicą. Jednak zwiedzanie go to bardzo niebezpieczna rzecz. Budynek jest totalnie wyniszczony i nie polecam wchodzić między pozostałości jego ścian. Jeżeli zechcecie mu się przyglądać, to koniecznie zachowajcie odpowiednią odległość.

Ja oczywiście musiałam podejść blisko, gdyż tego wymaga ode mnie moja praca w Nieustannym Wędrowaniu. Rola kronikarza jest wymagająca i ryzykowna, dlatego się nie oszczędzałam. Poza tym była zachwycona tym co znalazałm w tych gęstych krzaczorach. Była ze mną jednak Renia i działała na mnie hamująco, gdy zaczynałam przesadzać. To dzięki niej nie weszłam do góry po tych zmurszałych schodach, co mogłoby skończyć się tragicznie. Taki oszołom jak ja potrzebuje kogoś, kto w takim momencie ostudzi jego zapały…
Oranżeria była ostatnim naszym celem w tamtym dniu w Głębowicach. Plan powoli się zamykał i czułam ogrom zadowolenia. Udało mi się zebrać archiwum fotograficzne i w głowie już zaczynałam układać historię na mojego bloga, aby o wszystkim, co widziały moje gały, Wam opowiedzieć. To jest niezwykle przyjemne uczucie: dopinać swego!
Berta i James. Jak zakończyło się ich wspólne życie?
Żeby nie wiem jak wielkie człowiek miał bogactwa, szczęście i miłość, to kiedyś wszystko musi się skończyć. Dotyczy to i ludzi majętnych, i biednych, gdyż śmierć jest jedyną sprawiedliwością. Jednak nie wszyscy odchodzą w taki sam sposób. Jedni opuszczają świat bez echa, a o innych rozpisują się gazety. Tam było w przypadku tych dwojga. W dzienniku amerykańskim Colorado Springs Gazette z 18 lipca 1905 roku tak napisano o pani Bercie von Pourtalès, kiedy oddała swoje ostatnie tchnienie 16 lipca 1905:
„Wiadomość o śmierci hrabiny von Pourtalès, która zmarła w nocy z soboty na niedzielę w Los Angeles w Kalifornii – a która dotarła do naszego miasta wczoraj – pogrążyła w smutku kręgi towarzyskie Colorado Springs, w których hrabina była postacią znaczącą. Była ona żoną hrabiego von Pourtalesa, członka niemieckiego Reichstagu i przedsiębiorcy, który w przeszłości prowadził zakrojoną na szeroką skalę działalność w sektorze wydobywczym w rejonie Cripple Creek. Hrabia Pourtales zbudował pierwsze kasyno Broadmoor i dał się poznać mieszkańcom Colorado Springs z jak najlepszej strony. Małżonkowie mieszkali tu piętnaście lat temu i od tamtej pory często odwiedzali miasto.
Hrabina dołączyła do męża w Los Angeles zaledwie kilka tygodni wcześniej; małżonkowie wynajęli dom letniskowy w Altadenie. Dwa tygodnie temu hrabina poważnie się przeziębiła i trafiła do szpitala w Pasadenie, gdzie wystąpiły u niej komplikacje jelitowe, a wkrótce potem nastąpił zgon.”
Po tym wydarzeniu jej doczesne szczątki zostały sprowadzone do Głębowic, gdzie złożono je w rodzinnej krypcie. Hrabia nie pochował swojej żony na obcej ziemi. Zależało mu na tym, aby Berta wróciła do domu. Dokładnie dwa lata, sześć miesięcy i 29 dni później czyli 14 lutego 1908 roku, umarł także hrabia James von Pourtalès. 6 marca 1908 roku o nim również rozpisywały się amerykańskie gazety:
The Middle Park Times
Hrabia James de Pourtales, wybitna i aktywna postać wczesnej historii i rozwoju Colorado Springs, budowniczy kasyna Broadmoor, założyciel i pierwszy prezes klubu Cheyenne Mountain Country Club oraz jeden z pierwszych inwestorów, którzy ulokowali znaczne środki w okręgu Cripple Creek, zmarł w sobotę w Mentonie we Włoszech po krótkiej chorobie, w wieku 55 lat. Jego żona, hrabina de Pourtales, zmarła dwa lata wcześniej w Los Angeles; jej szczątki przewieziono do Niemiec w celu pochówku.
Hrabia de Pourtales, człowiek niezwykle zamożny, po raz pierwszy odwiedził Colorado Springs w 1887 roku, zatrzymując się tam w drodze na wybrzeże Pacyfiku. Choć planował pobyt zaledwie kilkudniowy, przedłużył wizytę do kilku tygodni. Fakt ten miał ostatecznie ogromne znaczenie dla Colorado Springs i całego regionu, gdyż hrabia postanowił osiedlić się tu na stałe.
W ciągu kilku miesięcy nabył teren dzisiejszej, znanej dzielnicy Broadmoor i wybudował tam kasyno – a wszystko to w czasach, gdy Colorado Springs liczyło zaledwie 10 tysięcy mieszkańców. Wkrótce potem założył Cheyenne Mountain Country Club, obecnie najbardziej ekskluzywne stowarzyszenie towarzyskie w mieście.
Mniej więcej w tym samym czasie „Bob” Womack odkrył złoża w Cripple Creek. Choć wielu z powątpiewaniem odnosiło się do nowego ośrodka wydobywczego, hrabia de Pourtales wierzył w jego wielką przyszłość i zakupił niewielką działkę – znaną wówczas jako koncesja Buena Vista – która z czasem przekształciła się w słynną kopalnię Isabella. Co ciekawe, hrabia nigdy nie czerpał większych zysków z tej inwestycji, gdyż w szczytowym momencie górniczej gorączki sprawy w Niemczech wymagały jego obecności w kraju. Sprzedał swoje udziały w kopalni – zadowolony ze świadomości, że jego osąd był trafny – i udał się do swojej posiadłości w Glumbowitz na Śląsku (w Niemczech), gdzie resztę życia poświęcił na niesienie pomocy potrzebującym i godnym wsparcia ubogim.

Natomiast w Colorado Springs Gazette 1 marca tak pisano o nim:
Wczoraj jeden z jego bliskich przyjaciół z Colorado Springs powiedział: „Żaden inny człowiek, jakiego znałem, nie uosabiał w takim stopniu uczciwości, sprawiedliwości i prawości. Tytuł swój posiadał nie tylko z racji dziedziczenia, ale także dzięki temu, że uczciwie na niego zapracował. Wystarczy zapytać każdego starego górnika, który go znał. Z urodzenia hrabia Pourtales był Niemcem, lecz Colorado Springs zawsze będzie uważać go za swojego”.
Głębowice są naprawdę fascynujące. Ich historia nie zagubiła się w mrokach dziejów, dlatego tak dobrze mi się ją spisywało. Mam tylko nadzieję, że i Wam będzie się ona podobać. Że podobnie jak ja, polubicie Jamesa i Bertę i pochylicie się nad ich miłością, która pokonała czas czekając na mnie, że przybędę tam i wykopię ją z tych ruin dla Was…
Źródła: Titled Americans, 1890* (Amerykanki z tytułami, 1890) – wykaz Amerykanek, które poślubiły arystokratów Titled Americans, 1890* (Amerykanie z tytułami, 1890) – wykaz Amerykanek, które zawarły związki małżeńskie https://www.youtube.com/watch?v=L_Ft-q6_RIc https://www.youtube.com/watch?v=znU_IBVL3ps https://pl.findagrave.com/memorial/69939490/berthe-pourtales https://ancestors.familysearch.org/en/L7NJ-238/james-malte-de-pourtal%C3%A8s-glumbowitz-1853-1908















































Wielka miłość, wielki świat, wielkie pieniądze!
Dzisiaj pozostały tylko zgliszcza,
ale pamięć o tych ludziach jednak jest wśród nas . Dziękuję Anetko za Twoją pracę, to jest piękne
A ja Tobie Reniu za towarzystwo :)
Zawsze jest to dla mnie przyjemnością i wspaniałą lekcją historii.