Niekomercyjny

WODNY MŁYN. No zupełnie nie ma o czym gadać

Ten wodny młyn znajdował się na samym środku odcinka Średzkiej Wody między Chwalimierzem a Ciechowem. Dla tych, których bardziej interesuje lokalizacja tego obiektu dodam, że to powiat średzki, gmina Środa Śląska. Przyznam, że o istnieniu młyna wiedziałam od zawsze, jednak nigdy temat ten mnie nie wzywał. Za to Sławek wyraźnie się nim interesował…

Pojechaliśmy wtedy na wyprawę w pogoni za legendą o grobowcu w środku pola, w którym znaleziono dziewczynkę w szklanej trumnie. Zainteresowanych tamtą historią odsyłam do mojego wpisu TUTAJ.

Wodny młyn. Scena pierwsza

Sławek towarzyszył mi w tamtej drodze, pomagał mi w śledztwie, jednak dla niego najważniejszy był ten wodny młyn na rzece, który chcieliśmy odnaleźć w drodze powrotnej z Cesarzowic. Moja legenda została namierzona, zebrałam materiały do wpisu i wówczas przyszedł czas na poszukiwanie Muhle. Podobnie jak jego średnio interesowała moja szklana trumna, tak mnie nie bardzo zajmował jego młyn. Byliśmy sobie jednak wsparciem w osiąganiu celów i trwaliśmy przy sobie.

Ten las nad Średzką Wodą to jest straszliwa dzicz. Są tam dziwne, magiczne miejsca, które zaznaczono na niemieckich starych mapach z XIX I XX stulecia. Ich nazwy to – Czarny Staw, Stary Zamek, Nowy Zamek, Jama Wilka…

Wodny młyn

Las Chwalimierz i Średzka Woda

Przy Starym Zamku zaznaczone jest też Źródło. To z całą pewnością Gród Chwalimierz i woda, która zasilała jego fosę. Das alte Schloss z dwudziestowiecznej niemieckiej mapy. Kiedyś znalazłam to miejsce.

Gród Chwalimierz

Można się tam zgubić nie znając terenu. Szlaki leśne nagle urywają się. Dookoła mnóstwo śladów bytności dzikiego zwierza. Przez tę dżunglę dolnośląską płynie rzeka. Średzka Woda wydaje się być z perspektywy miasta taka wąska, płytka, dostępna i niewielka. I rzeczywiście taką jest, jednak tam w tym buszu brzegi jej są niedostępne. Te wody w lesie nie pozwalają do siebie podejść. Może dociera tam jedynie ktoś, kto nieprzeciętnie dobrze zna ten las, jest w odpowiednim ubraniu i ma maczetę w ręku. My byliśmy tam ze Sławkiem w środku lata. Zieleń rozbujana od wilgoci, knieje pełne całkowicie nieogarniętej flory. Przy brzegu roślinność tak gęsta, że nie sposób się przez nią przebić.

Las Chwalimierz

Ale zacznijmy od początku

Do lasu tego wjechaliśmy drogą, która najpierw prowadziła nas przez pola z Cesarzowic. Wędrowaliśmy na czuja. Zupełnie w ciemno, licząc jedynie na naturalną Sławkową orientację w terenie, bo ja telefonu poza miastem nie używam. W jakiś sposób Sławek drogę tę w lesie zauważał. Próbowaliśmy wprawdzie raz czy dwa na siłę zgubić się, szukając skrótów na przełaj, ale to była naprawdę ciężka sprawa z rowerem i tłustym psem w koszyku. Trafiliśmy tam poza szlakiem na coś, co przypominało okopy, a potem na ogromny dół w ziemi, i wtedy przypomniałam sobie jedną z niemieckich nazw z mapy tego terenu – Wolfsgrube – co się tłumaczy Jama Wilka. Idealnie pasowało, zwłaszcza że to był ten fragment lasu…

Las Chwalimierz

Podano do stołu

Leśna ścieżka pięknie wiodła nas przed siebie. Wiła się między drzewami i wyglądała na bardzo stanowczą. Dzicz tam była ogromna. Las odurzał mnie swoją naturą. Byliśmy tam sami i przez większość drogi prowadziliśmy rowery.

Wodny młyn

W pewnej chwili poczułam odrażający odór i powiedziałam Sławkowi, że chyba gdzieś padlina się rozkłada. On jednak uświadomił mnie, że zapach ten, który od zawsze tak kojarzyłam, pochodzi od sromotników. Paskudne grzyby te cuchną okrutnie i czuć je na odległość.

Potem zgłodnieliśmy i zaczęło się poszukiwanie miejsca na biwak. Rowery oparte o drzewo, z lekka spróchniały pień, bajeczny las dookoła, lato, cisza i … podano do stołu!

Leśny piknik

Lunatyk

Oboje przygotowaliśmy sobie jajka w majonezie z warzywami. Ja dodatkowo zabrałam do sakwy pomidorki. Wtedy, na miejscu okazało się, że nie zapakowałam chleba. Sławek natomiast miał go sporo, więc wymieniliśmy się pieńku. Pomidorki koktajlowe za kromala.

Leśny piknik

Frutek też się posilał, a potem odpoczywał przy nas, kiedy popijaliśmy piwo z puszki i oddawaliśmy się dyskusjom. Omawialiśmy wtedy bardzo trudne zagadnienia ze świata nauki i historii. Było przy tym sporo długich wypowiedzi i wymiana poglądów. Frutkowski przysłuchiwał się temu z politowaniem i pozwalał łaskawie Sławkowi na wczepienie mu pióropusza z suchej trawy w grzywę.

Pan Frutkowski

Kiedy już nabraliśmy sił, a rowery nasze odpoczęły pod dębem, postanowiliśmy ruszać dalej w drogę. Wtedy pojawił się tam bardzo skupiony, samotny grzybiarz, który minął nas dwa razy i choć był w zasięgu wzroku, to ani do nas me ani be. Łeb miał pochylony a oczy wpite w ziemię. Wyglądał jak lunatyk albo w hipnozie. My też nic do niego nie powiedzieliśmy, bojąc się że może się obudzi zaskoczony i trzeba będzie odprowadzać go do domu.

Wróciliśmy na przetarty szlak

Przemierzaliśmy go dyskutując dla rozrywki w temacie lęków. Natchnęła nas do tego pewna starsza pani, którą samotną w lesie spotkaliśmy kawałek dalej. Usunęła się z drogi tak, jakby chciała żebyśmy jak najszybciej ją minęli i sobie poszli, ale my przywitaliśmy ją i skorzystaliśmy z tej okazji, żeby trochę zorientować się w terenie, bo jednak zdążyliśmy się już nieco zamotać. Miała z lekka przerażoną minę, ale wskazała nam drogę, w kierunku Ciechowa i Chwalimierza. Była to taka wąska ścieżka wśród okrutnie gęstych zarośli. 

Las Chwalimierz

Wyszliśmy z tego buszu przy paśniku, prosto na główny leśny szlak. Wodny młyn, do którego podążaliśmy był cały czas przed nami, a do rzeki mieliśmy jeszcze kawałek. Ruszyliśmy w kierunku Ciechowa, drogą zacienioną, bez asfaltu i bruku…

Wodny młyn

Wodny młyn na wyciągnięcie ręki

Najpierw próbowaliśmy dotrzeć do miejsca od strony Ciechowa. Wjechaliśmy w pola za wioską, tak jak nas prowadziła stara droga niemiecka. Stanęliśmy na szczycie niewielkiego wzniesienia, zwanego w tamtym czasie Sosnową Górą. Potem w tej przestrzeni skierowaliśmy się ku rzece. Byliśmy na miedzy, ale kiedyś była to oficjalna trasa do młyna. Ten układ dróg jest do dziś niemal taki sam jak przed wiekiem, trzeba jedynie umieć to zauważyć.

Przy lesie rozłożyliśmy się na chwilę na trawie. Kawa i czekolada, a dla Frutka ciasteczka i woda. Po chwili wytchnienia spróbowaliśmy przebić się do rzeki. Mniej więcej w tym miejscu, gdzie według mapy mógł znajdować się wodny młyn. Nie robiłam wtedy zbyt wielu fotografii. Własny plan miałam wykonany, a Sławek sam radził sobie z archiwizowaniem swojego tematu. Ja się relaksowałam. Po prostu byłam z nim, ale pracować już mi się nie chciało.

Wodny młyn

Ruch jak w Rzymie 

Przekroczyliśmy w lesie szerokie i suche koryto, jakby młynówki. Namierzyliśmy tam też kilka owocowych drzew i parę cegieł na ziemi. Na mapie wodny młyn wyglądał imponująco. Znajdował się tam sporych rozmiarów zbiornik wodny, który stworzyła rzeka. Z jednej jego strony wpadała do niego, a z drugiej wypływała. Zaznaczono tam też budynki, być może przeznaczone one były dla pracujących we młynie. Do miejsca tego kiedyś prowadziło mnóstwo dróg. Ta niewielka nasza Średzka Woda grała tu pierwsze skrzypce. Nie pozwolono zarosnąć jej brzegom. Tam była praca, chleb i ruch jak w Rzymie. Teraz jest tylko las. Musieliśmy się jednak stamtąd wycofać. Nie dalibyśmy rady przedzierać się przez te chaszcze z rowerami, a zostawić ich na dłużej samopas nie chcieliśmy. Namierzył nas też jakiś myśliwy w jeepie, który kurzył po polu autem. Krążył po okolicy lukając ku mam i sprawiał, że czuliśmy się obserwowani.

Wodny młyn

Bobry z Las Chwalimierz

Tak naprawdę nie mieliśmy pewności, czy znajdujemy się rzeczywiście w dobrej okolicy. Ciężko było z tej perspektywy zorientować się jak wielki był ten obiekt. Może gdyby rzeka pozwoliła nam do siebie podejść, moglibyśmy coś więcej ustalić, ale niestety nie było takiej opcji. Słyszałam ją jedynie, jak wartko płynie w swoim korycie, bo wody w tym roku nie brakowało. Maszerowaliśmy jeszcze spory kawałek wzdłuż linii lasu i wycofaliśmy się z powrotem na wspominane wcześniej wzniesienie, a właściwie to już na jego stok. Znowu zbliżaliśmy się do lasu, tym razem od strony Chwalimierza. Znam ten teren i dobrze wiedziałam, że szliśmy do rzeki za stawem w dawnym parku dominialnym w tej wiosce. Mówiłam do Sławka, że wiosną straszliwie tam bobry dokazywały i zalały wszystkie te łąki nad Średzką Wodą. Jednak i tak chcieliśmy spróbować szczęścia w poszukiwaniach od tamtej strony…

Wodny młyn

Pokrzywowy szlak

To droga prowadząca z pól do lasu, jednak za „Niemca” jej tam nie było, jest więc to już powojenny szlak polny. Weszliśmy w tę ścieżkę…

Wodny młyn

W życiu nie widziałam na polu tylu wysokich pokrzyw. Ogólnie ten rok przerażał mnie roślinnością. Nie przyzwyczajana jestem do tak wysokich traw, często mnie samą przerastających. Mój świat dolnośląski zrobił się egzotyczny. Zanotowałam przerost wszystkiego. Nawet muchy, kleszcze i inne robale wyglądały w tym roku większe.

Ta droga była trudna dla Frutka. Musiałam włożyć go do kosza i razem z nim prowadzić rower. Taranowałam pojazdem pokrzywy, ale pomimo swojego uprzywilejowanego miejsca w wiklinie i tak obrywał nimi po pysku, a ja miałam całe dłonie poparzone na maksa. To nie był jakiś szczególnie długi odcinek do przebycia, jednak w takich warunkach, w upale, z rowerem i z psem na bagażniku, to powiem Wam, że lekko nie było. Do linii lasu dotarliśmy spoceni straszliwie. Mogliśmy wcześnie zawrócić, ale ani Sławek ani ja nie mamy podobnych rzeczy w zwyczaju, dopóki jest możliwość przeć naprzód. 

Wodny młyn

Fasanerie

Kiedy znaleźliśmy się w kniejach, czuć było wilgoć od Średzkiej Wody. Była przed nami, za drzewami, słyszalna ale jednak nadal niewidzialna. Las był podmokły i ziemia miękka pod naszymi stopami. Ponownie szturmowaliśmy brzeg rzeki. Mieliśmy taki plan, że może uda nam się wzdłuż niej maszerować i ona zaprowadzi nas do ruin młyna. Jednak bobry mocno pokrzyżowały nam plany. Tak jak mówiłam wcześniej, w całej tej nadrzecznej okolicy urządziły sobie swój wodny świat i teraz wszystko tam dookoła pływa. Udało nam się wejść między drzewa dosłownie kilkadziesiąt kroków ale dalej buty zaczęły nasiąkać. Wydawało się, że pozostaje nam jedynie odwrót, a cały nasz trud pójdzie na marne, jednak historia nas zaskoczyła. Pomimo tego, że Średzka Woda nadal była jak dziewica, a odnalezienie naszego celu stawało się coraz bardziej niemożliwe, na naszej drodze, wśród leśnych ostępów ukazał się krzew. Nie był to jednak zwyczajny krzak, ale czarna porzeczka.

W tamtej chwili skupienie nasze sięgnęło zenitu. Zatrzymaliśmy się oboje jak na rozkaz i dawaj! Wzrokiem skanujemy teren! Czarna porzeczka nie rośnie w lesie naturalnie, co więc tam robiła? Po chwili udało nam się namierzyć kilka cegieł. Niewiele, ale jednak. Z całą pewnością nie stała tu leśniczówka, nie miałam co do tego wątpliwości, ponieważ dokładnie wiem gdzie się znajdowała i to nie było to miejsce. Po chwili Sławek przypomniał mi, że w tej okolicy, na tym odcinku rzeki, po jej drugiej stronie na starej, niemieckiej mapie zaznaczono Fasanerie, czyli dworską bażantarnię Kramstów z Chwalimierza. Mało tego, tuż przed nami na Średzkiej Wodzie, według tej mapy miał znajdować się mostek. Nie pamiętaliśmy tego, ale Sławek intuicyjnie go szukał. Jednak było zbyt mokro aby brnąć dalej.

W ten sposób, zupełnie przypadkiem odnalazłam miejsce po bażantarni, która zaczęła mi się jawić już jako legenda, ponieważ próbowałam niejednokrotnie trafić do niej, ale nigdy mi się to nie udawało.

Wiatrakowe wzgórze

Wycofaliśmy się z lasu i wróciliśmy na pokrzywowy szlak. Było nam na nim nieco lżej, bo z lekka go już przetarliśmy. Potem wyszliśmy na drożną miedzę i skierowaliśmy się na szczyt wzniesienia przed nami. Według niemieckich kart graficznych z XIX stulecia, byliśmy jakieś 130 metrów n p m, a na wierzchołku tego wypiętrzenia stał kiedyś wiatrak. Oczywiście teraz trzeba go sobie wyobrazić. Jednak wystarczy wejść na ten teren, aby poczuć jego dawny grunt pod nogami. Poza tym wieje tam sakramencko…

Wodny młyn

Wyeksploatowani i z bagażem porażek, powinniśmy wtedy zjeżdżać już do domu, jednak dzień był taki piękny, upał zaczynał odpuszczać, a do zmierzchu zostało jeszcze tak wiele godzin. Usiedliśmy sobie na tej myśliwskiej ambonie z napojami w rękach i gapiliśmy się na ścianę lasu przed nami. Gdzieś tam na rzece, dawno temu prosperował nowoczesny jak na tamten czas wodny młyn, a my – choć obeszliśmy go z wszystkich możliwych stron – nawet nie postawiliśmy stopy na jego terenie. Porażka na całej linii. Dzień stracony. No zupełnie nie ma o czym gadać. Nie było z czego zrobić tego opowiadania … :)

 

 

 

 

 

Co o tym sądzisz?

Ekscytujące!
73
OK
38
Kocham to!
21
Nie mam pewności
3
Takie sobie
3
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Kategoria:Niekomercyjny

0 %