Według legendy, każdej nocy, w godzinie duchów przerażająca zjawa pojawia się w tamtym miejscu. Dusza topielca zawodzi błagalnie, prosząc o pomoc. Ludzie opowiadają tę historię od wielu lat. Znalazłam miejsce, gdzie wszystko to się wydarzyło i poszłam o krok dalej. Przybyłam tam o dwunastej w nocy, żeby sprawdzić, ile prawdy jest w opowieściach o błąkającym się duchu…

Żeby dobrze zrozumieć ten wstęp, należy zacząć od początku. W moim pierwszym opowiadaniu w tym temacie opisałam drobiazgowo to tragiczne wydarzenie, które miało miejsce w sumie nie wiadomo kiedy. Może stało się to sto lat temu, a może wcześniej? W tych średzkich legendach znajduję sporo opisów terenu i są one zadziwiająco drobiazgowe, dlatego też, ponieważ doskonale znam okolice mojego miasta, bez większych problemów ustalam miejsca akcji każdej z nich. Jestem w tym naprawdę dobra…

Zjawa. Legendy i duchy

Tam, gdzie zaczyna się ta historia

Zacznijmy więc od tego, że w tym linku — Topielec ze stawu — znajdziecie tę legendę i zapoznacie się ze wszystkimi jej szczegółami. Razem z nami i z woźnicą przejdziecie całą tę drogę aż do miejsca, gdzie zginął. Legenda natomiast w tłumaczeniu z oryginału znajduje się na stronie Muzeum Regionalnego w Środzie Śląskiej.

Zjawa

To miejsce zlokalizowałam w samym środku wielkiego pola. Prowadzą do niego tylko drogi gruntowe. Mały staw otoczony jest bujną roślinnością i umiejscowiony na skraju lasu pomiędzy Cesarzowicami a Piersnem. Za dnia jest to cudne miejsce do wędrowania. Jest tam cicho i czysto. Na trasie tej spotyka się jedynie spacerowiczów z psami, rowerzystów i myśliwych. Jednak nocą jest to dzicz otoczona ciemnością bez smogu świetlnego. Im bardziej człowiek oddala się od najbliższej wsi, tym robi się ciemniej. W końcu wchodzi w taki mrok, że naprawdę bez latarki nie widać nic…

Zjawa. Legendy i duchy

I to tam właśnie każdej nocy, kiedy wybija dwunasta godzina, dusza topielca wołać ma pomocy!

Wypełnienie obietnicy

Obiecałam Wam, że jeżeli pod wpisem z tą historią pojawi się 100 komentarzy, pojedziemy do tego miejsca w godzinie duchów i sprawdzimy, ile w tej legendzie jest prawdy. Ponieważ zależało Wam na tym i rzeczywiście setka komentarzy została napisana, postanowiłam wypełnić obietnicę. Wyruszyliśmy więc do tego nawiedzonego miejsca, żeby sprawdzić, czy zjawa rzeczywiście tam się pojawia.

Frutek posiłkiem dla drapieżnika

Zbliżała się 23 30. Zaczęliśmy się pakować. Było nas troje. Pana Frutkowskiego nie mieliśmy zamiaru ze sobą zabierać, przez wzgląd na bezpieczeństwo jego i nasze. Jechaliśmy do lasu, gdzie żyje mnóstwo dzikich zwierząt. Nie tylko sarny, lisy i zające, ale także dziki i wilki. Frutek mógłby stać się łatwym celem w podobnych okolicznościach. Smacznym posiłkiem dla drapieżnika, który upolowałby go w ciemności pod naszym nosem. Dlatego też został tym razem w domu. Na swoim fotelu. Bezpieczny. My natomiast w milczeniu szykowaliśmy się do tej nocnej wyprawy. Zabraliśmy ze sobą sprzęt do samoobrony, jak również do pracy — nagrywania i fotografowania. Droga do tego miejsca nie była łatwa. Wyboista, dziurawa i mocno zarośnięta wysoką trawą. Pod obu jej stronach rósł bujnie rzepak.

Zaraz za Cesarzowicami skręciliśmy w pole. Jazda stała się wolniejsza i ostrożniejsza. Tumany kurzu zaczęły unosić się w powietrzu i opadać na szyby. Reflektory oświetlały trasę, rzepak bił po drzwiach auta i robił sporo szumu. Ścieżka była bardzo wąska i stawała się coraz mroczniejsza. Ines co chwilę robiła przerwy w tej podróży, ponieważ nagrywała film z wyprawy na naszego Tik Toka. Relacjonowała więc na bieżąco drogę, każdy nasz oddech, głębię ciemności, nastroje.

Zjawa. Legendy i duchy

Egipskie ciemności

Z Cesarzowic do rzeczonego stawu jest nie więcej niż dwa kilometry. To odległość, którą można przejechać bardzo szybko nawet w takich warunkach, jednak nie naszym autem. Samochód osobowy to nie terenówka. Jechaliśmy więc długo, ostrożnie i powoli. To tworzyło napięcie. Powoli znikały z horyzontu światła. Ciemność wypełniała wszystko dookoła. Od czasu do czasu tylko widać było reflektory aut, które jechały drogą asfaltową, która, choć równoległa do naszej, znajdowała się w sporej odległości. Przyświecał nam też odrobinę księżyc i gwiazdy. Nadchodziła burza, a więc i błyskawice rzucały nieco światła z oddali. Ze strony Wrocławia, a dokładniej Siechnic widoczna była łuna.

Zjawa przychodzi o północy

Kończył się właśnie upalny dzień. Zaparkowaliśmy u celu naszej wędrówki. Przy samym stawie, gdzie utopił się woźnica. Tuż przy wielkim, starym drzewie. W polu oprócz mroku zastaliśmy również dość silny wiatr. Był gorący, pomimo późnej pory. Przynosił ze sobą dźwięki. Szczekanie psów z okolicznych wsi, odgłos lecących samolotów i przejeżdżających pobliską drogą samochodów. Kiedy stanęliśmy w tej ciemności pośród niczego, tuż obok zauważyłam kilka par błyszczących oczu. Ta woda to wodopój. Wszystko, co dzikie w tej okolicy zeszło się tam w tę gorącą czerwcową noc, aby zaspokoić pragnienie.

Oczekiwaliśmy przybycia ducha, a on zjawiał się — według legendy — o północy…

Zjawa. Legendy i duchy

Dzikie zwierzęta zjawiły się pierwsze

Wysiedliśmy z auta i wypakowaliśmy sprzęt. Chrumkanie dzików dochodziło z gęstwiny przy samej wodzie. Zwierzęta buszowały zaledwie kilkanaście metrów od nas. Sarny od razu uciekły w pole, ale zające były ciekawe. Zanim się oddaliły, przyjrzały się nam dokładnie. Do północy zostało zaledwie kilka minut. Przy samochodzie zapaliłam świece. Nie chcieliśmy machać latarkami w każdą stronę, żeby nie zwabić do siebie nieproszonych gości. Nastało milczenie. Nasłuchiwaliśmy…

W takiej ciszy, każdy, choćby najmniejszych szelest jest jak uderzenie pioruna. Dochodziły do mnie odgłosy łamiących się gałązek — jakby ktoś szedł po lesie. Wiatr stawał się coraz bardziej wyjący. Czasami wydawało mi się, że słyszę czyjeś wołanie z oddali. Daniel robił fotografie. Po chwili Ines ponownie zajęła się nagrywaniem relacji.

I nastała północ…

Wtedy wszyscy stanęliśmy w całkowitym milczeniu. Trwało to z dziesięć minut. Zgasiliśmy wszelkie światło. W takim mroku trwaliśmy w bezruchu i nasłuchiwaliśmy. Minęła minuta, potem druga i trzecia. To było niesamowite uczucie. Otaczała mnie głęboka, aksamitna czerń nocy wraz ze wszystkimi jej odgłosami. Moje włosy porywał wiatr. Wzrok powoli zaczął przyzwyczajać się do ciemności. Patrzyłam na trawiastą drogę, która z jednej strony otaczała akwen. W oddali dostrzegłam cień. Zaczęłam wytężać wzrok, który uparcie oganiał ten majak, pomimo braku światła. Widmo wyraźnie się poruszało, jakby kołysząc. Pomyślałam wtedy, że to niemożliwe, żebym coś naprawdę widziała. Kto normalny przychodzi po nocy do takiego miejsca. Zjawa chwilami zamierała w bezruchu. Gapiłam się na to coś nieco zorientowana i wtedy Daniel powiedział, że słyszy jakby chrumkanie….

Dziki!

Słyszałaś takie jakby chrumkanie? – Daniel zapytał mnie, a jego głos wytrącił mnie z letargu. – Tak jakby dziki!

Dziki? – zapytała Ines, spanikowana jak zawsze, gdy rodzi się temat zwierzyny leśnej, która dysponuje szablami i kłami. – Dobra! Wystarczy już! Ja mam dość. Jedziemy!

Ten, kto zna naszą Ines ten wie, że bez sensu jest dyskutować. Kiedy ona podejmuje decyzję, to nie ma zmiłuj się. A więc bez walki zaczęliśmy pakować się do auta. I wtedy właśnie na niebie pojawił się ten dziwny obiekt…

Wiedziałyśmy go kilka dni temu podczas naszych rowerowych wojaży po okolicy, z których wracałyśmy nocą. Leciał bardzo powoli i nisko. Miał cztery podświetlone punkty, które były wyraźnie widoczne z dołu. To był kwadratowy, wolno poruszający się pojazd, za którym powoli podążał dźwięk. Kiedy namierzyłyśmy go po raz pierwszy, stałyśmy na polnej drodze, która również utopiona była w ciemności i obserwowałyśmy, jak powoli nadlatuje. Czułyśmy się dziwnie niepewnie. To nie samolot, choć maszyna była naprawdę duża. Potem dziwny obiekt sunął nad naszymi głowami i powoli przemieszczał się dalej. Obserwowałyśmy go, aż zniknął za drzewami.

Miała być zjawa, ale było UFO

Kiedy przy stawie, gdzie miała pojawić się zjawa, zobaczyłyśmy go ponownie, pokazałyśmy to zjawisko Danielowi. On szybko ocenił tę sytuację i powiedział, że to najprawdopodobniej jest dron. Pojazd poruszał się powoli, leciał nisko i w naszym kierunku. Potem zaczął nas mijać i ciągnął za sobą dźwięki. Tak jak za pierwszym razem. Teraz również towarzyszył nam niepokój. Jeżeli rzeczywiście był to dron, to z całą pewnością nie taki, który służy do robienia zdjęć i jest drobnych gabarytów. To, co widzieliśmy na niebie, było ogromne i wcale nie przypominało ani samolotu, ani śmigłowca. Siedzieliśmy w aucie chyba z kwadrans i gapiliśmy się na to coś, co wyglądało tak, jakby miało zamiar wylądować na polu obok nas. Powiedziałam wtedy, że miała być zjawa, ale było UFO. W sumie też interesująco, ale nie po to tam przybyliśmy. Chyba nie potrafię Wam wyjaśnić, co tak naprawdę widzieliśmy.

Kiedy byłam małą dziewczynką, moja babcia Frania opowiadała mi najróżniejsze, często niesamowite historie. Zawsze pozostawiała mi ich zrozumienie. Do mnie należało, co z nich wytrącę. Uwierzę albo nie. Teraz tak postąpię względem Was. Sami oceńcie tę naszą przygodę z mrokiem dolnośląskim. Czy po polu błąkała się zjawa, czy to cienie watahy dzików były? Czy na niebie poruszał się dron, czy pojazd kosmiczny? Takie jest Nieustanne Wędrowanie. Pełne tajemnic, często nie do końca wyjaśnionych. Prawdziwa przygoda polega na tym, aby ją przeżyć. Nie koniecznie zrozumieć…

Co o tym sądzisz?

Ekscytujące!
53
OK
32
Kocham to!
7
Nie mam pewności
12
Takie sobie
25
Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Wiesiek

Już mija czterdzieści lat jak czytam i słucham o takich zjawiskach ! Jest coś co mnie zastanawia, Te niewidzialne dla wszystkich postacie i pojazdy co one knują ?

edek

Wyszukiwałem ostatnio tutaj paranormalne rzeczy, mało ich, mega fajnie się czyta paranormalne rzeczy od was. Wincyj :D

Kategoria:Naturalny

Sprawdź: