KORDIAN, SŁOWACKI I JA – Na romantycznym szlaku

Był mglisty poranek, na zewnątrz z lekka rosił deszcz choć wakacje były już za pasem. Leżałam w łóżku i starałam się zmobilizować do tego by podnieść z niego swoje cztery litery. Kiepsko mi szło. Spoglądałam to w sufit, to na ścianę, którą ozdabiały dziesiątki pocztówek z miejsc, które odwiedziłam. Zaniosłam się łzami, burknęłam pod nosem coś o bezsensie życia i owinęłam się kołdrą po uszy. Nie był to pierwszy taki poranek. Poprzednie zatrzymywały mnie w łóżku aż do popołudnia, ale ten okazał się być wyjątkowy. Pomyślałam, że muszę coś zrobić zanim zwariuje. Nie miałam pojęcia czym jest wspomniane „coś”, po prostu wiedziałam, że muszę to zrobić. Gwałtownie zerwałam się z łóżka, przeczesałam rękami tłuste włosy baby pogrążonej w depresji i podeszłam do kompa celem zabukowania biletów do Poznania.

Czas

Jakież było moje rozczarowanie gdy okazało się, że bilety na interesujący mnie dzień zostały wyprzedane co do sztuki. W geście bezradności położyłam ręce na obolałym łbie i zaczęłam się kiwać to w przód, to w tył wyglądając przy tym jak bliska obłędu. Zmiany, które zaszły w składzie Nieustannego Wędrowania zupełnie mnie roztroiły. Rzuciłam okiem raz jeszcze na mapę. Wzrok padł na Katowice i zanim przemyślałam tę decyzję, byłam już posiadaczką biletu do tego miasta.

Katowice? Przecież tam tylko hałdy węgla!

Dokładnie tak pomyślałam. Miasto brzydkie, a ja nikogo tam nie znałam. Czułam się jakbym wpadła z deszczu pod rynnę. I wtedy pomyślałam, że byłoby całkiem miło gdyby znalazł się ktoś kto spędziłby ze mną kilka godzin w stolicy Śląska. Ot, żeby się nie nudzić.

Napisałam kilka chaotycznych słów na jednej z grup na Facebooku, które w założeniu mają poznawać ze sobą ludzi. A, że byłam w depresji to zapomniałam w ogłoszeniu dodać informacji o swojej płci. Odezwało się kilka osób, jednak w ostatecznym rozrachunku nie umówiłam się z nikim. Wreszcie w dzień przed wyjazdem, na moje ogłoszenie odpowiedział mężczyzna, którego zdjęcie profilowe przypominało portret seryjnego mordercy z amerykańskiego serialu.

Katowice

Nie napisze! Jeszcze łeb mi urżnie!

…ale napisałam. Kordian miał odebrać mnie z katowickiego dworca kolejnego dnia. Zaoferował spacer po dolinie trzech stawów i wspólne wypicie kawy.

Kiedy się spotkaliśmy zaczęliśmy ze sobą rozmawiać w taki sposób jakbyśmy znali się od lat. Zostawiłam rzeczy w hostelu i pełna sceptycyzmu ruszyłam na zwiedzanie Katowic. Byłam w szoku widząc tyle zieleni w mieście, które kojarzyło mi się jedynie z wydobywaniem węgla, brudnym powietrzem i blokowiskami. Szydziłam co prawda z autostrady przecinającej miasto, ale tak czy owak – moje spojrzenie na Katowice uległo potężnej zmianie.

Gęby nam się nie zamykały. Paplaliśmy ozorami do czwartej nad ranem. To o podróżach, to o sporcie, a to o filozofii życiowej. Albo o tatuażach, urazach, których ani jemu, ani mi nie brakuje oraz o japońskiej kuchni.

Do hostelu wróciłam gdy z lekka zaczynało świtać. Przespałam kilka godzin, a rano obudził mnie telefon od Kordiana. Proponował wypad do Gliwic.

Spędziliśmy wspólnie weekend. Potem on – oczywiście zupełnym przypadkiem – zawędrował do Wrocławia. Czułam się w jego towarzystwie świetnie. Jednak gdy spotkaliśmy się jeszcze kilka razy wystraszyłam się i… uciekłam.

bez makijażu

Całkiem serio.  Uciekłam gdzie pieprz rośnie!

Kilka miesięcy wcześniej rozpadł się mój związek, większość planów wzięła w łeb, zdrowie nie dopisywało. Wiedziałam, że kolejne rozczarowanie mogłoby mnie zabić. Bałam się podjąć ryzyko. Choć przecież zawsze mimo strachu – ryzykuje! W głowie miałam setki znaków zapytania.

„A co jeśli? A może to za wcześnie? A jak znów będzie tak samo? A co jeśli to jedynie urok pierwszych chwil?”

W końcu podkuliłam ogon i zwiałam. Dosłownie. Napisałam pożegnalną wiadomość i nie puściłam pary z ust o tym gdzie jestem. Kordian w tym czasie był na obozie sportowym na drugim końcu Polski. Łatwo było mi zniknąć bo miał zupełnie związane ręce. Nie mógł nawet spróbować mnie zatrzymać.

Minęło kilka dni. Zdawkowo odpowiadałam na wiadomości. Generalnie starałam się zrobić wszystko aby gość się do mnie zniechęcił. Od kilku dni byłam w drodze. Miało mnie to oczyścić, ale nie dawało rezultatu. Wciąż czułam na sobie ciężar ostatnich miesięcy. W takich chwilach…

wracam na Ślężę.

Gdy wtarabaniłam się na jej niski szczyt coś mnie tknęło, żeby napisać do Kordiana SMSa z pozdrowieniami stamtąd. Czułam się jak ostatnia suka, która odtrąca od siebie mężczyznę, któremu na mnie zależy. Ten SMS miał zapewne sprawić, że poczuję się lepiej.

Ślęża oraz miasto Sobótka leżące u jej podnóża zawsze przyciągały mnie wtedy gdy stałam na jakimś życiowym rozstaju dróg. Święta góra Słowian zdawała się wabić mnie do siebie, a następnie pełnić rolę balsamu dla mojej udręczonej duszy. Choć jej szczyt leży jedynie 716 m n.p.m wejście na niego oczyszczało mnie z trosk. Zdobyłam tę górę dziesiątki razy, weszłam na nią chyba każdym możliwym szlakiem. Dolnośląski Olimp zawsze był dla mnie miejscem magicznym, pełnym pozytywnej energii. Zapewne dlatego trafiłam tam wtedy. Uciekałam przed problemami, smutkami, brakiem weny i poczuciem ogarniającego bezsensu. Uciekałam też przed miłością, której panicznie się bałam. Wydawało mi się, że zbyt szybko pakuje się w nową relacje z drugim człowiekiem. Mówiłam sobie, że to nie uchodzi, że tylko zrobię tym sobie i jemu krzywdę. Wyszłam z założenia, że uczucie które zaczęło dopiero kiełkować z pewnością uschnie jeśli odpowiednio szybko odejdę. Plan był dobry, ale rzeczywistość zupełnie inna.

szlak na Ślężę

Nie słowa, lecz czyny są dowodem miłości.

Kordian zamiast przekląć mnie w myślach za moje zachowanie utwierdził się w swoich uczuciach. Nie odpuszczał ani przez chwilę. W swojej bezradności na obozie podzielił się troskami ze swoim przyjacielem. Grzegorz natomiast zamiast powiedzieć mu aby olał temat, nakrzyczał do niego, że tak późno zwierzył mu się ze swoich problemów.

– Przyjadę jutro po Ciebie do Łodzi i pojedziemy jej szukać.

To, że żaden z nich nie miał najmniejszego pomysłu na to gdzie ewentualnie mogłabym się znajdować miało niewielkie znaczenie. Kolejnego dnia Grzegorz faktycznie odebrał Kordiana z obozu. No i pojechali.

Moje pozdrowienia ze szczytu Ślęży z pewnością okazały się pomocne. Warto jednak zaznaczyć, że zanim je wysłałam Ci objechali już kilka dolnośląskich miast. Kiedy oni parkowali samochód u podnóża góry w Sulistrowiczkach, ja byłam w połowie szlaku do schroniska pod Wieżycą.

Element zaskoczenia. 

Właśnie zaczynałam jeść obiad w schronisku gdy ktoś otworzył drzwi. Postać w czarnej czapce nerwowym krokiem podeszła do baru. Podniosłam kawałek kotleta ziemniaczanego na widelcu i zaczęłam przymierzać się do kęsa gdy wspomniany mężczyzna spojrzał w moim kierunku. Zamarłam. Serce jak gdyby przyspieszyło mi dwukrotnie. Moja mama, która siedziała obok mnie spoglądała raz po raz na mnie i na gościa przy barze. Wyglądała na zdezorientowaną, ale nie powiedziała ani słowa. Gość zniknął za filarem. Wzruszyłam ramionami i sama do siebie szepnęłam coś o tym, że mam majaki.

Jednak gdy nasze spojrzenia ponownie się spotkały zrozumiałam, że te majaki to rzeczywistość. Kordian siedział dziesięć metrów ode mnie oczekując mojej reakcji. Roztrzęsiona podniosłam się od stolika i ruszyłam w jego kierunku.

Kordian

„Naprawdę myślałaś, że tak łatwo odpuszczę?!” 

Te słowa usłyszałam gdy wpadłam w jego ramiona. Nie mogłam mówić, nie mogłam śmiać się, nie potrafiłam płakać. Czułam się jak bohaterka jednej z amerykańskich komedii romantycznych. Nie oczekiwałam takiego zwrotu akcji. Kordian miał zniknąć bo tak miało być lepiej. Stałam tak wtulona, a serce waliło mi jak młot pneumatyczny. Gdy w końcu na powrót odzyskałam zmysł mowy wyszeptałam:

– Ale dlaczego?

Odpowiedzi nie musiałam wyczekiwać długo.

– Bo Cię kocham!

Dziewczyna w okularach

Imię „Kordian” nie jest pozbawione znaczenia. Wymyślił je Juliusz Słowacki. Ma ono nasuwać skojarzenie z pewnymi pojęciami. Gdyby chcieć się wgłębić w jego znaczenie można dojść do następujących wniosków. Słowo „cordis” z łaciny oznacza po prostu „serce”. Jeśli zaś spojrzeć w słowniki z XIX wieku można odnaleźć w nich słowa takie jak „Kordianiczny” czy „Kordiak”, które są określeniami na człowieka śmiałego i wrażliwego. Cóż… mogę rzecz tylko tyle, że rodzice mojego Kordiana nie pomylili się gdy wybierali imię dla niego.

11 Dziękujemy!

Może Ci się również spodoba

21 komentarzy

  1. S.Tap napisał(a):

    Miałem nie komentować, bo cokolwiek dodać do tego wpisu będzie miałkie i bezbarwne. Jednak nie każdy w życiu miewa takie przeżycia, emocje i sytuacje dobre czy złe – a te warto gromadzić w swojej pamięci, bo co by potem w życiu się nie wydarzyło, one pozostaną.

  2. Kazik Bzdak napisał(a):

    Pieknie Ines w zyciu najwaazniejszy jest spontan bez wzgledu na konsekwencje jestes super mozesz wszystko

  3. Aro napisał(a):

    Pamiętam dzień kiedy zgadałem się z Kordianem i o Tobie wspomniał. Pamiętam też dzień w którym Cię poznałem i wywarłaś na mnie spore wrażenie, a dlaczego? Dlatego że nigdy bym się nie spodziewał że ktoś tak może tak go rozweselić i przykuć jego uwagę jak Ty! Pamiętam również telefon w którym nasz bohater powiedział że nie wie co ma robić i życie mu się sypie na głowę… wspierałem go tak jak tylko mogłem bo był na wspomnianym obozie i pozostały mi tylko słowa wsparcia dla przyjaciela. Jednak kolejny telefon mnie cholernie zaskoczył że się po Ciebie wybiera i ma nadzieję że wróci z Tobą bo obiecał ci że Cię nie zostawi. To co zrobił Kordian wymagało ogromnej odwagi i determinacji, bardzo szanuję jego decyzję mimo że była ona szalona, ale wiedziałem też że wie co robi na co się piszę. Po dłuższym okresie kiedy skontaktowałem się z nim i usłyszałem jego głos a Twój śmiech w tle, wtedy już wiedziałem że wszystko jest w porządku i wracacie szczęśliwi do domu. Niezmiernie mnie to ucieszyło oraz w końcu mogłem odetchnąć że nic Wam obojgu się nie stało. Trzymajcie się szczęśliwie i ciepło, życzę wam jak najlepiej oraz trzymam za was kciuki! :))

    • Ines Wędrówka Ines Wędrówka napisał(a):

      To co zrobił Kordian rzeczywiście wymagało odwagi. Pamiętam gdy mówił, że nie był nawet pewien tego czy do niego podejdę wtedy w schronisku. Jego upór i determinacja mi imponują. Nawet bardzo. Dzięki za życzenia szczęście i do zobaczenia niebawem! :)

  4. charmante napisał(a):

    I to się sprawdza, że najlepszym dowodem są czyny, nie słowa.

  5. balkanyrudej napisał(a):

    Życie nas zaskakuje. Raz daje kopa, a raz mocno przytula. I choć człowiek często się załamuje, to los stawia nam na drodze ludzi, dla których warto podnieść się z upadku i iść przez życie z podniesionym czołem. A miłość jest czymś, co jednak najczęściej nas zaskakuje wtedy, gdy najmniej się jej spodziewamy.

    • Ines Wędrówka Ines Wędrówka napisał(a):

      Rzekłabym wręcz, że przychodzi ona wtedy gdy zupełnie się jej wyrzekamy. Kiedyś ktoś poczęstował mnie takim tekstem: „Chcesz rozśmieszyć Boga? To opowiedz mu o swoich planach!” I coś w tym cholera jest.

  6. Połącz Kropki napisał(a):

    Piękna historia pokazująca jak życie może zaskoczyć i obrócić się o 180 stopni.

  7. Słowianka napisał(a):

    Kwestie moralne pozostawię bez komentarza, bo zakładam, że autorka o jakiejkolwiek moralności pojęcia nie ma najmniejszego.
    Rekomenduje natomiast powrót do podstawówki i ponowną naukę języka polskiego, a potem dopiero pisanie. Oczy bolą, gdy się czyta tak kiepski tekst i do tego pisany tak kiepskim stylem i z błędami interpunkcyjnymi. Naprawdę straszne.
    Poziom moralny i intelektualny równy zeru.
    I radzę też wziąć pod uwagę fakt, że Święta Góra nie tylko wspiera, ale też karze…

    • Ines Wędrówka Ines Wędrówka napisał(a):

      Jeśli zamierzasz pozostawić poziom mojej moralności bez komentarza to z jakiego powodu dokonujesz jego oceny w kilka zdań poniżej? Nie sądzę byś miała do tego jakiekolwiek prawo. Nie rozumiem również na jakiej podstawie oceniasz tutaj moją inteligencję. To w końcu opowiadanie, a nie tekst naukowy, w którym popełniłam błędy.

      Szanuję Twoją ocenę mojego stylu. Może Ci się on nie podobać. Cieszy mnie natomiast to, że wywołał on w Tobie emocje, które pokierowały Cię do napisania tego komentarza. Wszakże to właśnie konstruktywna krytyka sprawia, że stajemy się lepsi. Pamiętaj o tym, że nawet najwięksi literaci swoje teksty muszą poddawać korekcie. Nie sposób dostrzec wszystkich błędów interpunkcyjnych, czy nawet stylistycznych, które popełniamy. Dla przykładu gdy pisałaś swój komentarz popełniłaś co najmniej dwa.

      Święta Góra nie ma powodów by mnie karać, najwyraźniej jednak znajduje powody by dawać mi szczęście. Niejednokrotnie pomogła mi w znalezieniu drogi do rozwiązania pewnych problemów. Nigdy natomiast nie zwróciła się energią przeciwko mnie. Tu chyba można dojść do dość jednoznacznych wniosków.

      PS. Doskonale wiem kim jesteś i ze względu na Twój młody wiek Ci wybaczam.

  8. Aneta Aneta napisał(a):

    Wzięłam sobie komentarz panny słowianki pod lupę i oto co zobaczyłam:

    1. „Kwestie moralne pozostawię bez komentarza, bo zakładam, że autorka o jakiejkolwiek moralności pojęcia nie ma najmniejszego”. (to uwaga całkiem bez sensu, ponieważ wpis nie jest o moralności – polecam czytać ze zrozumieniem)

    2. „Rekomenduje natomiast powrót do podstawówki i ponowną naukę języka polskiego, a potem dopiero pisanie”. (rekomenduj sobie kochana, ale na końcu postaw ogonek przy tej małej, ostatniej literce zwanej „e’).

    3. „Oczy bolą, gdy się czyta tak kiepski tekst i do tego pisany tak kiepskim stylem i z błędami interpunkcyjnymi. Naprawdę straszne. ” (ja bym w jednym zdaniu nie używała dwa razy tego samego wyrazu. To bardzo kiepsko brzmi. Można by zamiast drugi raz „kiepski” napisać „banalny’ „byle jaki” „lichy”. Jest jeszcze wiele synonimów tego słowa. Ale to oczywiście kwesta gustu. Każdy podchodzi do tego indywidualnie. To tak jak z wyborem koloru włosów. Kobiety czasem farbują je na elegancką czerń, a inne na jaskrawą jarmarczną czerwień. Każdy sięga po to co lubi najbardziej. Podobnie jest z doborem słów)

    3. Poziom moralny i intelektualny równy zeru. (wygląda na to, ze twoim zdaniem moralność jest owocem kiepskiego stylu pisania i popełnianych w nim błędów?)
    4. I radzę też wziąć pod uwagę fakt, że Święta Góra nie tylko wspiera, ale też karze… (to nie żaden fakt. Faktem jest, że to góra i że leży w miasteczku Sobótka. To fakt. A to że wspiera czy też karze – to fantazja.

  9. ktoscos napisał(a):

    Fakt Ślęza- Świątynia Światłości Świata, dupy będą bolec od tych fantazji.. :)

  10. marcin napisał(a):

    Piękna historia!

  11. Mmalena napisał(a):

    Piękna historia, życzę Wam dużo szczęścia :)

  12. dosniezynka napisał(a):

    Cieszę się, że tak się wam poukładało. Aż się wzruszyłam czytając Twój tekst.
    Ps. Hejtami sięnie przejmuj, poziom wypowiedzi tej pani, pozostawia wiele do życzenia.
    Jeszcze raz gratuluje i życzę szczęścia dla was:)

  13. Maciej napisał(a):

    Super historia. Mam nadzieję, że czytając dalej, dowiem się co u Was. Pozdrawiam z Poznania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *