WAKACJE POD NAMIOTEM – TWARDOGÓRA

Tamtego lata byliśmy rowerami w trasie kilkanaście dni. Nasza trójka i pies w koszyku. Zaplanowaliśmy sobie wakacje pod namiotem, ponieważ pozwalały one na niski budżet wyprawy. Byliśmy w wielu miejscach na Dolnym Śląsku, ale dziś opowiemy o tym, co się wydarzyło w Twardogórze.

wakacje pod namiotem

Wyjechaliśmy z Goszcza dość późno. Dzień był gorący, a my nieco styrani w trasie i po całodziennym błądzeniu po rumowiskach byłej rezydencji niemieckiego Grafa i starym cmentarzu. Goszcz okazał się bardzo czasochłonnym miejscem na naszej mapie miejsc wartych odwiedzenia. Był również fantastycznie fotogeniczny.

Przyjechaliśmy do Twardogóry

…bardzo późno i choć mieliśmy szczere chęci do fotografowania i zwiedzania, zaniechaliśmy tego przez wzgląd na wieczór, zmęczenie, głód, który powoli zaczął nas opanowywać oraz brak wizji noclegu, która z kolei odbierała nam spokój ducha. Mieliśmy wrócić do centrum następnego dnia rano, ale nie wróciliśmy. Zanim jednak opowiem co było dalej w drodze, wspomnę o wieczorze, który okazał się dla nas bardzo zaskakujący.
W podróży, o ile się jej wędrowiec podda nie może mu niczego zabraknąć. Nie jesteśmy turystami, więc nie szukaliśmy pokoju do wynajęcia. Po pierwsze dlatego, że nie mieliśmy wystarczającej ilości środków finansowych, a po drugie dlatego, że od kilku dni targaliśmy ze sobą namiot – przecież nie dla ozdoby. Twardo trzymaliśmy się założenia, że będą to wakacje pod namiotem. Adaś wypatrzył park w dole miejscowości i zaczęliśmy kombinować w kwestii rozbicia się tam na dziko. Zaczęliśmy czaić się wśród parkowych drzew. Było gęsto od żywej zieleni i choć blisko ulicy to jednak zacisznie. Na końcu betonowej ścieżki zastaliśmy pałac.

Zapewne Was to nie dziwi. Przecież my zawsze na nie trafiamy.

Bezustannie. Nawet jak nie chcemy to bez przerwy je gdzieś znajdujemy. Tak też było wtedy. Pałac w Twardogórze podobno należał do tego samego właściciela, który miał w posiadaniu majątek w pobliskim Goszczu. Przynajmniej tak powiedział nam ktoś, kto w nim obecnie mieszka. Dodał również, że pałac jeszcze całkiem niedawno działał jako szkoła. Zdaje się, że konkretnie gimnazjum.

pałac w Twardogórze

pałac w Twardogórze

Zrobiliśmy więc krótki wywiad i parę fotografii. Obejrzeliśmy sobie również bardzo gruntownie teren i zapytaliśmy naszego rozmówcę, czy byłaby możliwość rozbicia się w parku namiotem. Oczywiście nie było żadnego problemu. Zaproponował nam kawałek trawnika blisko jego okien, ale my woleliśmy nieco dalej między starymi drzewami. I kiedy lustrowaliśmy teren zaczęliśmy się tam, między tymi drzewami zapadać. Jak nic trafiliśmy na pozostałości krypty! I faktycznie istnienie czegoś takiego w ogrodzie potwierdzał nasz nowy znajomy.

park pałacowy w Twardogórze

Twierdził jednak, że to już dawno rozebrano do ostatniej cegły. Ja jednak miałam wrażenie, że zmarłych nie przeniesiono. Ziemia, po której tak miękko się stąpało nie zachęcała do rozbicia się w tamtym miejscu. Mieliśmy wprawdzie w planie wakacje pod namiotem, ale raczej bez duchów. I po tym wszystkim jakoś nie mieliśmy ochoty zostawać tam na noc, no chyba, że nie mielibyśmy innego wyjścia. Ale wtedy jeszcze tego nie widzieliśmy i pojechaliśmy na obrzeża miasta przekonać się o tym rzeczywiście.

Adaś dzwonił przy furtkach domów…

…które mijaliśmy i pytał, czy ktoś mógłby nas przyjąć z namiotem na trawniku w ogródku. Ludzie byli zdziwieni, opryskliwi, niechętni… aż w końcu trafiliśmy na kogoś przychylnego, otwartego i miłego. Siedziałyśmy z Ines wtedy na ławce na przystanku autobusowym, kiedy Adaś zaczął nas wołać do siebie. Przyszłyśmy więc z całym „majestatem” naszej wyprawy. Plecaki, rowery i pies…
Czekałyśmy chwilę bo gospodyni poszła się naradzić z rodziną w temacie przyjęcia nas w ogrodzie. Oczywiście cały czas byliśmy nastawieni, że będziemy zmuszeni wrócić na parkowy teren i przenocować tam bez względu na wszystko. Nawet się już z tym pogodziłyśmy wraz z Ines i zaczęłyśmy przygotowywać się psychicznie na noc z duchami. I wtedy wyszła do nas tamta bardzo miła kobieta i z uśmiechem na ustach otworzyła nam furtkę.

Zostaliśmy zaproszeni i mogliśmy bezpiecznie rozbić się tam obozem.

To było bardzo miłe uczucie, ponieważ miejsce to w porównaniu z mrocznym parkiem przypałacowym tętniło radością i pełnią życia. Na podwórku biegały dzieci, jakiś kot przyglądał nam się ukryty w rabatkach kwiatowych. Widać było, że całkiem niedawno biegały tu kury.

Nasza gospodyni zaczęła przygotowywać nam plac pod namiot i zamiatać. Była pełna inicjatywy. Ale my nic nie chcieliśmy. Jedynie kawałka trawnika z zamykaną na noc furtką i jakąś latarnią blisko, aby czuć się w miarę bezpiecznie.

wakacje pod namiotem

Rozbiliśmy się więc bardzo radośnie. Namiot stanął na miejscu i mogliśmy odpocząć. Noc już nas nie przerażała, więc byliśmy w pogodnych nastrojach. Niedługo potem nasza gospodyni odwiedziła nas z tacą z gorącą herbatą i ogórkami. Herbata była miętowa z czekoladą, a ogórki z własnej uprawy. Piękne to było! Taki mały gest, a tyle w nim serca. Nigdy nie piłam miętówki z czekoladą, a ogórki z ogrodu to dla mnie rarytas. Siedzieliśmy więc i popijaliśmy napar i zaczęło robić się ciemno, a nasze wakacje pod namiotem zaczynały nam się coraz bardziej podobać.

1349

I wtedy odwiedził na kolejny mieszkaniec posesji.

Bo stały tam dwa domy i mieszkały dwie spokrewnione ze sobą rodziny. Przynajmniej tak to wyglądało. Bardzo miły młody mężczyzna zapytał czy nie mamy potrzeby skorzystania z toalety. No oczywiście, że tak! Wszyscy zerwaliśmy się ochoczo po tej ziołowej herbatce. A w chwilę potem dostaliśmy zaproszenie do łazienki z możliwością wzięcia kąpieli. Tak więc wszyscy zostaliśmy przyjęci ponad nasze oczekiwania. Zwłaszcza, że to był bardzo gorący dzień i droga wypociła z nas trochę soli. Potem jeszcze rozmawialiśmy i opowiadaliśmy o sobie. Okazało się, że żona naszego dobroczyńcy kiedyś mieszkała w dawnym pałacu grafa w Goszczu. W tym pałacu, który dnia poprzedniego tak gruntownie sfotografowaliśmy. My również opowiadaliśmy o sobie i zostawiliśmy naszym gospodarzom namiary na naszą stronkę. Więc jeżeli czytają teraz ten wpis – pozdrawiamy serdecznie i jeszcze raz dziękujemy za przyjęcie nas u siebie.
Noc była spokojna, ciepła, a ranek radosny. Wstaliśmy bardzo wcześnie, ale i nasi gospodarze okazali się rannymi ptaszkami. Zanim pojechali do pracy przynieśli nam gorącą poranną kawę…

1354

Może dla kogoś to za mało, aby wyruszyć na taką włóczęgę. Ale dla mnie to chwile warte drogi. Niezapomniane wspomnienia ludzkiej życzliwości. Bezcenne w dzisiejszym świecie. Takie wakacje pod namiotem okazały się bardzo BOGATE w pozytywne doświadczenia, choć były na MINIMALNYM budżecie.

8 Dziękujemy!

Może Ci się również spodoba

11 komentarzy

  1. S.Tap. napisał(a):

    Te oznaki…bytności kur na tej posesji- to rozumiem, że chodzi o ślady kurzych pazurków? :)

  2. Bogna napisał(a):

    To jest chyba najlepsze w podrozowaniu – spotykanie takich fantastycznych ludzi!

  3. Życzliwi z Twardogóry napisał(a):

    Pozdrawiamy i dziękujemy za miłe słowo. Ps. Życzymy ciekawych miejsc oraz wielu życzliwych ludzi na swojej drodze.

  4. Przekraczając Granice napisał(a):

    Tacy „Miejscowi” potrafią być bardzo ciekawym źródłem informacji, zresztą to właśnie dzięki spotkaniom z ludźmi podróże nabierają kolorytu.
    A do komentarza S.Tap. dodam tylko, że kury w kurniku również biorą prysznic i to przy dużej uciesze koguta ;)

    • S.Tap. napisał(a):

      O nie..kury w kurniku to walczą wieczorem o pozycję (czyli lepszą grzędę) a prysznic biorą przed kurnikiem, suchy, w piaskowych dołkach – połączony z kąpielą słoneczną :) Oczywiście mówię tu o kurach przydomowych a nie tych z „kurzych obozów pracy”

  5. karyna napisał(a):

    Tak jakoś miło mi się na sercu zrobiło, że tak ludzie potrafią… obcych na podwórko…obcych z dredami…obcych w martensach, bojówkach i takich innych, obcych ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *