Anielska pieśń o pięknej jesieni. Zamek Alatskivi w Estonii.

Nadejście jesieni nigdy nie stanowiło dla mnie powodu do radości. Niższe temperatury, deszcze, pożółkłe liście i plucha mają bardzo depresyjne działanie na moją osobę. Poza tym zaraz po jesieni nadchodzi zima. Jako, że zimna nie znoszę, to jest to jedynie kolejny powód do tego aby pod nosem szeptać nieco mocniejsze i niezbyt ładne słowa. Tamtego dnia w Tartu poranek był mglisty i deszczowy. Nic nie zachęcało mnie do tego aby ruszyć swój tyłek spod ciepłej kołdry. Pani Gospodarz zarządziła jednak, że nie ma mowy abym została w łóżku. Zostałam poinformowana o tym, że jedziemy do Alatskivi i dostałam trochę czasu na przygotowanie się do wyjścia.

Deszcz w Estonii

Przez deszcz i mgłę na wschód Estonii.

Aura wcale nie była łaskawa. Świat był pochłonięty przez szarość i tonął w strugach deszczu. Widoczność na drodze również nie była zbyt sprzyjająca jeździe. Aby otrzymać prawo jazdy w Estonii, podobno należy zdać dodatkowy egzamin z prowadzenia samochodu zimą. Kiedy patrzyłam na drogę przed nami, która tak mocno spowita była mgłą, zrozumiałam czemu ma służyć taki zabieg. Początkowo narzekałam w myślach. W końcu pod kołderką było znacznie cieplej niż na dworze. Potem jednak przyjrzałam się temu co mijałam na trasie. Estonia migotała barwami jesieni. Była kolorowa, ale nie było to oczywiste. Żółcie, pomarańcze i czerwienie, które zdobiły krajobraz, widocznie wyróżniały się na na tle białego nieba. Zauważyłam, że moje serce bije szybciej, oddech stawał się mniej spokojny. Coś szeptało mi do ucha, że to nie prawda, że nie lubię jesieni.

Dostrzegłam samotny dom pośród pól, w kępie drzew. Widok ten przestał mnie dziwić już podczas podróży z Tallina do Tartu. Najwyraźniej mieszkanie w lesie to swego rodzaju estońska codzienność. Tamta chatka była drewniana, posiadała niewielki ganek i przynależało do niej zapewne sporo ziemi. Wyglądała na opuszczoną. Tak naprawdę mnie to nie dziwi. W końcu była dość daleko od wszelkiej cywilizacji, marketów i darmowych stref wi-fi. Aby wybrać życie na takim pustkowiu trzeba być odrobinę szalonym. Cisza tam, zapewne, aż dzwoni w uszach. Nocą gwiazdy rozświetlają tam niebo, zwierzyna buszuje po okolicy. Czyste powietrze, spokój i natura. Taki mały raj na końcu świata.

Zamek Alatskivi

Zamek Alatskivi – neogotycka perełka regionu.

Kiedy moim oczom ukazała się ta ogromnych rozmiarów biała bryła, byłam przekonana, że jest ona pałacem. Gabaryty budowli były co prawda nieco zastanawiające, ale i tak w ostatecznym rozrachunku nie pokusiłabym się o nazwanie jej zamkiem. Obstawiałam także, że główna atrakcja Alatskivi nie pochodzi z okresu dalszego niż wiek XIX. Pomyliłam się na całej linii. Nie dość, że miałam do czynienia z zamkiem, to jeszcze jego historia sięga początku XVII wieku. Faktem jest jednak, że stan w jakim dziś można oglądać to cudeńko jest efektem przebudowy z drugiej połowy dziewiętnastego wieku. Mogę się więc pokusić o stwierdzenie, że w błędzie byłam jedynie połowicznie.

Jeśli wierzyć informacjom zawartym w polskim internecie to w pierwszej połowie XVII wieku majątek został oddany w prezencie przez szwedzkiego króla Gustawa Adolfa II dla jego sekretarza. Potem losy budowli były dość burzliwe. Zmieniała ona właścicieli dość często. Trudno jest się więc połapać w kolejnych nazwiskach ludzi, którym przyszło trzymać łapska na zamczysku. W końcu jednak dostał się on we własność rodziny Nolckens. To jak zamek Alatskivi wygląda dziś, to robota Arveda Georga de Nolckena, który to uczynił z niego mniejsze wydanie zamku Balmoral, którym najwyraźniej zachwycił się podczas swojej wizyty w Szkocji w 1875 roku.

Zamek Alatskivi w późniejszych latach dostał się w ręce rządu. Służył on wtedy jako budynek użytku publicznego. Zamkowe pokoje występowały w roli szkoły, koszarów dla kawalerii, a nawet kina. Na szczęście nie odbiło się to na kondycji zabytku. Wiele dolnośląskich pałaców i zamków mogłoby mu tego pozazdrościć.

Zamek Alatskivi

Spacer po przypałacowych mokradłach.

Zazwyczaj nie odpuszczam wejścia do wnętrza zabytku jeśli mam taką możliwość. W przypadku tego estońskiego zamku było to możliwe, ale zwyczajnie umknęło mojej uwadze. Zamek Alatskivi nie wywarł na mnie aż tak piorunującego wrażenia. Pomimo, że z nieba woda lała się ciurkiem, a moje buty już dawno przestały być suche to o wiele bardziej zainteresował mnie teren dookoła budowli. Krocząc ścieżkami parku co kilka chwil nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że stąpam po mokradłach. Moje buty tonęły w błotnistej ziemi, a że były białe to nie sposób było ukryć tego faktu przed resztą towarzystwa. Moje starannie wyprostowane włosy, na powrót zaczęły się kręcić pod wpływem deszczu. Całe szczęście, że chociaż kurtkę miałam taką, co to mogła przyjąć na siebie całkiem sporą ilość złowrogiej aury. Być może to Zamek Alatskivi mścił się za to, że pozostałam tak nieczuła na jego wdzięki?

Spacerowałam pośród zardzewiałej przyrody. Minęłam staw, nad którym wzniesiono cudny, romantyczny mostek. Moim zdaniem nijak się on miał do neogotyckiego klimatu majątku, do którego należał, ale któż przejmowałby się tym skoro był to tak słodki widok. Tafla wody odbijała w sobie żółte korony drzew, powiew wiatru delikatnie nimi poruszał powodując tym samym przyjemny szum i szelest liści. Oczywiście, że temu miejscu daleko było do tego by określać je mianem dzikiej przyrody, ale i tak odnalezienie tam spokoju ducha nie stanowiło najmniejszego kłopotu.

Zamek Alatskivi

Kiedy jest zimno przychodzą anioły.

Mówi się, że w każdym domu powinien znajdować się choć jeden anioł. Skrzydlaci goście często więc zdobią półki w mieszkaniach. Bywa, że są oni wykonani z porcelany, szkła, czasami wyrzeźbieni są w drewnie. Ich zadaniem jest ochrona domowników. Nawet jeśli realnie nikt nie przywiązuje do tego zbyt wielkiej uwagi to i tak warto wyjść z założenia, że para skrzydełek nie zaszkodzi w domowym zaciszu. Moja mama podarowała mi kiedyś anioła z gipsu. Na jego spodzie napisała czarnym markerem, że jest to Anioł Nieustannego Wędrowania i dodała datę, w której mi go sprezentowała. Był to dzień świętego Walentego w roku 2014. Blondynka w niebieskiej sukni stoi w moim pokoju już kilka lat. W dłoniach trzyma białą różyczkę, a jej plecy zdobią białe skrzydła. Jej oczy są zamknięte, ale ja wiem, że widzi ona wszystko co powinna dostrzegać.

Ines Wędówka

Tak naprawdę jednak nie chroni mnie ten gipsowy odlew, a prawdziwy Anioł, którego obecność czuję zawsze tuż obok. To on otula mnie gdy temperatura mojego życia spada poniżej zera. Kroczy za mną i podaje mi dłoń gdy jestem zmuszona pokonywać emocjonalne przepaści. Mój Anioł był ze mną w wielu niebezpiecznych sytuacjach. Podróżował ze mną po kilku kontynentach, bywał na punkowych koncertach i ocierał łzy kiedy zachodziła taka potrzeba. Czasami myślę, że nadwyrężam bez przerwy jego dobroć. Mój skrzydlaty przyjaciel jest bardzo zapracowany, często zmuszony jest aby brać nadgodziny. Anioł był ze mną również nad niewielką wodą w Estonii, na białym mostku, który był zupełnie wyrwany z kontekstu. Patrzył ze mną w tym samym kierunku i choć milczał to wiedziałam, że spogląda na to samo drzewo. To z lekka obdarte z liści, trochę brzydkie, ale najbardziej warte uwagi. Czasami patrzę na świat oczami mojego Anioła. Wtedy to właśnie szarość jesieni zastępuje cała paleta kolorów i emocji.

Zamek Alatskivi

Czasami warto spojrzeć na coś mając zamknięte powieki. Zobaczyć coś sercem i poczuć to w pełni. Piękno nie zawsze jest oczywiste. Tkwi ono głęboko w tym ile trudu włożymy w jego zrozumienie. Zamek Alatskivi bez wątpienia jest budowlą, która przedstawia się jako bardzo wartościowa. Ja jednak uważam, że to jeden z najmniej atrakcyjnych zamków jakie miałam okazję oglądać. Jednak teren przynależący do majątku to takie miejsce, w którym nawet wtedy gdy jest zimno i pada… śpiewają anioły.

 

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *